"Nie warto mierzyć dymu" (malajskie)
Gości on-line: 19    
 
  22 października 2014 - wschód: 7:15, zachód: 17:39
  Imieniny obchodzą: Halka, Filip, Przybysław
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Bajki z KL Auschwitz

16.02.2009

 

 

Wydawanie bajek w KL Auschwitz odbywało się w całkowitej konspiracji, a wszystko zaczęło się od tego, że pewnego dnia któryś z więźniów zatrudnionych w Zentralbauleitungu (Centralny Zarząd Budowlany) znalazł (prawdopodobnie w pobliżu magazynów „Kanady”, w których gromadzono rzeczy po zamordowanych w obozie) kolorowe książeczki dla dzieci. Przyniósł je do Baubüro (biuro budowlane), by pokazać je kolegom. Świadomość tego, że należały do dzieci, które zginęły w komorze gazowej, mocno nimi wstrząsnęła. Przywołała wspomnienia związane z pozostawionymi w domach dziećmi, o zabawach z nimi i wspólnych spacerach. Sprowokowała również wśród więźniów gorącą dyskusję zakończoną postanowieniem napisania i wysłania bajki do własnych dzieci.

Wokół pomysłu wydania bajek skupiła się spora grupa więźniów zatrudnionych - niemal wyłącznie - w różnych biurach Zentralbauleitungu. Przede wszystkim dlatego, że to był ich pomysł, ale i mieli warunki natury technicznej do jego zrealizowania. Polegały one na w miarę łatwym dostępie do środków pisarskich, farb, kalki, papieru światłoczułego i fotograficznego oraz urządzeń do wykonywania kopii.

Autorem lub tłumaczem większości tekstów bajek jest Stanisław Bęć (na zdjęciu). Rysowaniem i kolorowaniem obrazków we wszystkich kopiach zajmowali się już inni więźniowie m.in. Jerzy Adam Brandhuber, który wiele lat po wojnie pracował jako kustosz w oświęcimskim Muzeum.

Prawdopodobne pierwszym z wydanych tytułów była „Bajka o przygodach czarnego kurczątka”. Jeden z egzemplarzy tej bajki nosi tytuł „Murzynek i Mniszek” od imion głównych bohaterów – kurczątek. Autorem tekstu jest Stanisław Bęć, który w takiej formie opisał wspólne spacery z synem Andrzejem brzegami Pilicy. Opowiedział o nich oczami dwóch kurczątek Murzynka i Mniszka, które postanowiły zobaczyć coś więcej niż tylko własne podwórko. Wybrały się więc na samodzielną wycieczkę po okolicy. Wiele przy tej okazji zobaczyły, przeżyły parę przygód, ale też dużo się nauczyły.

Kolejną była „Bajka o zajączku, lisie i kogutku”, której tłumaczenia z języka czeskiego dokonał Stanisław Bęć przy pomocy więźniów czeskich. Treść bajki dotyczy kłopotów zajączka ze złym lisem, który podstępnie zajął jego dom. Wszyscy się go bali – psy, niedźwiedź i byk – i dopiero spryt koguta sprawił, że lis, by się ratować, musiał uciekać. Opisane w bajce perypetie zająca i konsekwencje złego zachowania lisa krótko i dosadnie określa jedno zdanie: „Tak to łotrom zwykle bywa, gdy cudzego się zachciewa”. Więźniowie odczytywali je jako zapowiedź wolności i zasłużonej kary dla ich katów.

Bajki miały być szczególną pamiątką dla dzieci, ale żeby do nich trafiły potrzebna była pomoc ludzi spoza drutów. Pomimo zagrożenia życia za nielegalne kontakty z więźniami znaleźli się tacy, którzy przyczynili się do uratowania wielu ważnych dokumentów, różnych prac artystycznych więźniów, w tym i bajek. Więźniowie gotowe egzemplarze potajemnie wynosili z biura na tereny różnych budów i przekazywali znajomym robotnikom cywilnym z prośbą o przesłanie pod wskazane adresy.

Wszystkie znane nam egzemplarze bajek, oprócz jednego, jeszcze w czasie wojny trafiły do rąk dzieci. Eugeniusz Nosal spoza drutów KL Auschwitz obdarował bajkami dwie dziewczynki, których mamy brały aktywny udział w akcji pomocy więźniom. „Bajka o zajączku, lisie i kogutku” trafiła do rąk pięcioletniej Alojzy Kotulek za to, że wraz z matką Elżbietą i Wandą Kondziołek spełniała rolę łącznika między więźniami i ludnością cywilną, przejmowały lub przekazywały listy, grypsy, podawały żywność lub lekarstwa. W podobną pomoc więźniom zaangażowana była Lewińska (brak imienia), która w dowód wdzięczności otrzymała dla swej córki Małgosi dwie bajki, tj. o przygodach czarnego kurczątka, i o przygodach zajączka, lisa i kogutka.

Z kolei Stanisław Bęć przekazał swoje bajki poza obóz za pośrednictwem robotników cywilnych. I choć nie pamięta ich nazwisk podziwia ich za niesamowitą odwagę, bowiem „ryzykowali wszystkim, byle spełnić życzenie „häftlinga” tylko dlatego, że to mogło być jego życzenie ostatnie”. Najpierw trafiły do jego rodziców mieszkających na ziemiach włączonych do Rzeszy, a następnie dotarły do żony i syna Andrzeja mieszkających w Generalnym Gubernatorstwie.

Zdaniem autora tekstów i tłumacza Stanisława Bęcia wydanie bajek w obozie nie można zaliczyć do wydarzeń literackich, bo nie forma wiersza była ważna lecz treść pełna osobistych uczuć, głęboko skrywanych pragnień, tęsknot i przeżyć więźniów sprzed aresztowania. Bajki poprzez swoją treść przekazują nastroje specyficznej zbiorowości zamkniętej za drutami kolczastymi, ale i zaspokajały jej określone potrzeby estetyczne i duchowe. Były bowiem pisane dla odwrócenia uwagi od grożącej na każdym kroku śmierci, z chęci pozostawienia czegoś po sobie i z myślą o dzieciach. A dzisiaj ze względu na miejsce i czas powstania są raczej dokumentem niż dziełem literackim czy plastycznym. Chociaż nie można im odmówić i tego waloru, bo przecież zachwycają każdego, kto je zobaczy. I jak nadmieniono powyżej taką inicjatywę więźniów niewątpliwie należy zaliczyć do form ruchu oporu, bo jak powiada włoski psychiatra i psycholog Andrea Devoto: „Oporem mogło być wszystko, bo wszystko było zabronione. Oporem stawała się każda działalność, która sprawiała wrażenie, że więźniowi pozostało coś z dawnej osobowości i indywidualności.”

Jadwiga Kulasza