"Żart kotów jest śmiercią myszy" (niemieckie)
Gości on-line: 23    
 
  28 lipca 2016 - wschód: 5:07, zachód: 20:31
  Imieniny obchodzą: Wiktor, Innocenty, Aida
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Bogusław Flejszer - wspomnienia z Brzezinki

21.07.2009

 

 

Warszawa, lipiec 1944 roku, pierwszy miesiąc wakacji. Terror niemiecki zmalał. Niemcy ewakuują swoją ludność cywilną i urzędy. Wbiegam z chłopcami na ulicę Wolską aby popatrzeć na wycofujące się tabory z żołnierzami niemieckimi i węgierskimi. Widok ten sprawia nam zadowolenie.

W nocy alarm i bombardowanie Warszawy przez Rosjan. Wydarzenia te są głównym tematem rozmów chłopców z podwórka.

Czuje się bliskie wyzwolenie. Wybucha powstanie. Starsza młodzież udaje się na zbiórki do swoich oddziałów. Młodsi pozostają w domu – jestem wśród nich. Wokół nas są rozmieszczone liczne oddziały żołnierzy niemieckich. Oczekujemy szybkiego wejścia Rosjan.

Mija jeden dzień, drugi i następne. Jednak nie zanosi się na to. Umilkły odgłosy artylerii zza Wisły. Nie ma już nie przyjaznych nam samolotów na niebie. Pali się ulica Wolska. Spalenizna i kłęby czarnego dymu dolatują do nas. Dochodzą nas wieści o rozstrzeliwaniu mieszkańców przez Niemców.

Kiedy przyjdą po nas? Dzień 9 sierpnia 1944 r. - przychodzą, każą szybko opuszczać mieszkania. Ustawiają nas do wymarszu. Idziemy w kolumnie ulicą Wolską, która jeszcze się dopala. Dochodzimy do Kościoła św. Wojciecha. Esesmani rozdzielają rodziny i formują grupy: kobiety z dziećmi i osobno mężczyźni. Grupę ludzi, w której znajduję się z mamą gnają na dworzec zachodni.

Wsiadamy do pociągu podmiejskiego i przywiezieni zostajemy do obozu w Pruszkowie. Umieszczono nas w jednej z hal remontowych wagonów. Zaduch, ciasnota, siadamy na gołym betonie. Z hali przez okna zobaczyliśmy stojący pociąg towarowy. W wagonach tego pociągu mężczyźni, a wśród nich mój ojciec. Daję mu znak ręką. Dojrzał mnie i mamę. Pociąg ruszył. Wtedy ostatni raz ujrzałem ojca. Następnego dnia strażnicy pędzą nas do podstawionych wagonów towarowych. Pytamy polskiego kolejarza gdzie nas wiozą? Do Oświęcimia – strach, nie wszyscy wierzą. Po 24 godzinach podróży okazało się prawdą. Pociąg zatrzymał się na rampie obozowej w Brzezince.

Jest już ciemno. Po chwili słychać odsuwanie drzwi w wagonach, krzyki esesmanów - "...wysiadać!", szczekanie psów... Kobiety z dziećmi ustawieni zostają w jednej kolumnie a w drugiej mężczyźni. Prowadzą nas drogą między drutami. Za nimi baraki i postacie więźniów. "Skąd jesteście?" - "Z Warszawy – Wola, Ochota" - odkrzykują z kolumny.

Dochodzimy do lasku, widać w nim komin, z którego bucha płomień. Skręcamy obok lasku. Podchodzimy do baraku, każą nam wchodzić do środka. Wewnątrz tylko ściany, dach, goła ziemia. Kładziemy z mamą tobołki na ziemi, po czym sami siadamy. Z głową na jej kolanach – zasypiam. Budzę się rano. Jeszcze parę dni temu budziłem się we własnym łóżku w mieszkaniu.

Znów nas pędzą. Tym razem do łaźni. Oddajemy tobołki, każą się nam rozbierać. Stoimy nadzy, nasze matki, staruszki, dziewczynki i chłopcy. Okropnie się czuję. Widzę też to uczucie u mamy i innych kobiet. Zostaliśmy tak upodleni. Ubrania zabrali nam do parowania.

Wokół nas uwijają się funkcyjne więźniarki. Nasze dane osobowe wpisują do ksiąg, nadają nam numery. Mój numer 192750. Esesmani nadzorują wszystko co się tu dzieje. Funkcyjne więźniarki obcinają nam włosy. Widzę młoda kobietę z długimi warkoczami. W momencie ścinania krzyknęła. Usłyszeli to esesmani i zaczęli ją katować. W obronie córki stanęła matka staruszka. Obie nagie powalone zostały na posadzkę, bite były pejczami i kopane.

Myślę, że to zdarzenie na samym początku mego pobytu w obozie najbardziej przeżyłem psychicznie i ten obraz ciągle pamiętam po tylu latach.

Umieszczono nas "warszawskich bandytów" (tak nazywanych przez hitlerowców) w obozie kobiecym w Efkaelu – Frauenkonzetrationslager. Dzieci w osobnym bloku, nie razem z matkami. Po dwóch dniach zrobiono dodatkowy apel w bloku z dziećmi. Chłopców powyżej 6 lat ustawiono w kolumnie i poprowadzono do obozu męskiego. Towarzyszył temu płacz chłopców i matek. Z odległości patrzyliśmy na siebie, ja i mama. Każde z nas myślało, czy się jeszcze zobaczymy. W ciągu zaledwie kilku dni znalazłem się w tym okropnym miejscu. Zostałem sam – bez rodziców.

Kwarantannę przechodziłem wraz z moimi obozowymi kolegami w sektorze obozu męskiego A w bloku 6 „pod opieką” krwawego Olka (kryminalisty). Coraz bardziej uodparniałem się fizycznie i psychicznie na to wszystko co się w tym ponurym „świecie” działo.

Zmieniały się bloki, w których przebywałem i sektory obozu, a z tym i blokowi, szrajberzy, sztubowi. Jedni nie zatracili człowieczeństwa, drudzy zaś byli jego pozbawieni.

Znęcanie się nad nami, maltretowanie nas, sprawiało im przyjemność. Na przykład, pan Kazio odpowiedzialny za porządek w bloku, podczas drugiej mojej kwarantanny. Cały dzień kazał nam siedzieć na pryczach, w ciasnocie w pozycji przygarbionej. Jeśli któryś z nas odważył się zejść z niej to został od razu „obdarzony” wulgarnymi wyzwiskami, kopniakami i razami laską. Znalazłem się też w grupie chłopców, którzy zostali wyczytani na porannym apelu i zabranych do bloku rewirowego, opustoszałego byłego obozu cygańskiego. Przedtem zostaliśmy wszyscy poddani przeglądowi lekarskiemu przez lekarza – esesmana. Po kilkunastodniowym pobycie wróciliśmy do bloku, z którego nas zabrano. Dostałem owrzodzeń na nogach. W tym czasie grupie chłopców, w której ja się znalazłem, bardzo pomogli starzy stażem, zorganizowani więźniowie, otoczyli nas opieką. Każdy z nas miał swojego opiekuna. Postarali się o cieplejszą odzież dla nas. Dostarczali nam dodatkowe racje chleba. A przy tym głodzie jaki nam dokuczał to była wielka pomoc. Odpowiednio też potraktowali pana Kazia, za „umilanie” nam życia. Długo nosił siniaki. W obozie zatrudniany byłem do noszenia cegieł, ciągnięcia rollwagen. Przewoziliśmy różne przedmioty osobiste odebrane więźniom po przybyciu do obozu.

W drugiej dekadzie stycznia 1945 roku zaczęto wywozić chłopców w grupach, wraz z matkami do obozów na terenie Niemiec. Była wielka radość gdy spotkaliśmy swoje mamy poza drutami obozowymi Brzezinki.

Naszym następnym obozem był Blankenburg w okolicach Berlina. Pracowaliśmy tam w brygadzie budowlanej SS. Przewoziliśmy cegły wózkami szynowymi do stojących na kanale barek. Pod koniec kwietnia 1945 roku zostaliśmy wyzwoleni przez Rosjan. W maju 1945 roku powróciłem z mamą do Polski. Nasze mieszkanie w Warszawie zostało doszczętnie zniszczone, więc zamieszkaliśmy w Łodzi. W pierwszych latach powojennych dużo chorowałem co było następstwem mego pobytu w obozach.

W 1947 roku ukończyłem szkołę podstawową i rozpocząłem dalszą naukę w Liceum Mechanicznym. Kończę naukę w 1952 roku i pracując rozpoczynam naukę na studiach wieczorowych Politechniki Łódzkiej. Egzamin dyplomowy zdaję w 1957 roku i jako inżynier mechanik pracuję do 1991 roku. Od 1952 roku jestem szczęśliwie żonaty, mam córkę i wnuczkę. Obecnie będąc emerytem utrzymuję kontakt ze środowiskiem byłych więźniów obozów koncentracyjnych.

Na koniec osobista refleksja. Za niedługo nie będzie już naocznych świadków zbrodni nad obywatelami polskimi jakich dopuścili się hitlerowcy i komuniści. Jak uchronić przed zapomnieniem i wypaczeniem prawdę o obozach koncentracyjnych i łagrach? Myślę, że istniejące dowody w postaci dokumentów, zdjęć, filmów, wspomnień winny być przechowywane w Instytucie Pamięci Narodowej.

Zawarta prawda w tym dokumencie będzie mogła służyć historykom, publicystom, nauczycielom do przekazywania jej w przyszłości społeczeństwu.

Bogusław Flejszer

Łódź, listopad 2006 r.