"Czyste niebo piorunów się nie boi" (greckie)
Gości on-line: 11    
 
  22 września 2014 - wschód: 6:28, zachód: 18:42
  Imieniny obchodzą: Tomasz, Maurycy
pokaż wszystkie

Spotkania z Klio ... czyli Obozowe wspomnienia Zofii Łyś

14.02.2009

 

 

Poniżej przedstawiamy wspomnienia Zofii Łyś z domu Bondyra, urodzonej 28 lipca 1927 roku we wsi Mokre koło Zamościa, mieszkanki Oświęcimia, byłej więźniarki KL Auschwitz-Birkenau nr 26816, KL Natzweiler-Glewe, KL Ravensbrück, Berlin-Kepenig oraz KL Sachsenhausen. Dziękujemy rodzinie pani Zofii za udostępnienie tekstu i zdjęć. Zdjęcia pochodzą ze zbiorów prywatnych Zofii Łyś oraz z archiwum Państwowego Muzeum Auschwitz-Birkenau.


Do wybuchu wojny zdążyłam ukończyć cztery klasy szkoły powszechnej. Aresztowana zostałam wraz z całą rodziną w ramach niemieckiej akcji wysiedlania ludności polskiej z Zamojszczyzny. W działalność konspiracyjną w tym czasie zaangażowany był mój brat Tomasz i siostry: Józefa i Stefania, które były łączniczkami w jednym z oddziałów partyzanckich. Aresztowanie nastąpiło w dniu 9 grudnia 1942 r. Wraz ze mną aresztowano ojca Michała Bondyrę, matkę Katarzynę Bondyrę, brata Tomasza Bondyrę i obie siostry: Józefę (ur. 1920 r.) i Stefanię (ur. 1924 r).

Aresztowano całą naszą wioskę i mieszkańców okolicznych wsi. Bardzo dużo kobiet, mężczyzn i dzieci. Wszystkich aresztowanych zawieziono do Zamościa, do utworzonego tam obozu przejściowego. Część ludzi tam przywiezionych wysłano na roboty do Niemiec, a część do obozów koncentracyjnych. W Zamościu przebywaliśmy dwa lub trzy dni. Cała nasza rodzina trafiła do obozu w Auschwitz. W dniu 13 grudnia 1942 r. w ramach akcji wysiedleńczej Polaków z Zamojszczyzny, którą przeznaczono dla niemieckich kolonistów, przywieziono do Auschwitz pierwszy transport RSHA z obozu „Umwandererzentrale” (UWZ) w Zamościu 314 Polaków i 318 Polek. Po włączeniu ich jako więźniów do obozu, mężczyzn i chłopców oznaczono numerami: 82548-82859, 83910-11 a kobiety i dziewczęta oznaczono numerami: 26810-27032, 27034-27038, 27040-27129. Transport, po sformowaniu w Zamościu, liczył 644 osoby. Podczas jazdy do obozu udało się zbiec 14 osobom. Z transportu pamiętam Panią Szabatowską, Marię Cybulę, Wacławę i Annę Więcławik, Józefę Olszewską, siostry Marię i Melanię Bednarskie oraz Mieczysławę Łyś (przypadkowa zbieżność z moim nazwiskiem). Po kilkunastu godzinach jazdy dotarliśmy do Oświęcimia. Może nie tyle do Auschwitz, bo tak się wówczas nazywał Oświęcim, lecz do Birkenau. Tylko nie na tę istniejącą do dzisiaj rampę wewnątrz obozu (wówczas jej jeszcze nie było), lecz na bocznicę towarową w pobliżu obozu. Wśród krzyków i przekleństw musieliśmy wyskakiwać z wagonów. Niejeden z nas mocno oberwał. Po przeliczeniu ustawiono nas w kolumny. Oddzielono kobiety od mężczyzn. Jeśli się nie mylę, to dzieci ustawiono też oddzielnie.

Po ponownym przeliczeniu popędzono nas do widocznego w oddali obozu w Birkenau. Do dzisiaj pamiętam mocno oświetlony teren obozu. Lampy były zamocowane na słupach ogrodzeniowych. Zaprowadzono nas do łaźni na odcinku, gdzie przebywały kobiety. Mężczyźni poszli gdzie indziej. Musiałyśmy oddać wszystkie osobiste rzeczy. Spisano nasze dane osobowe. Swoje cywilne ubrania musiałyśmy spakować do papierowych worków i oddać do depozytu. Później strzyżenie i dopiero kąpiel w obozowej łaźni. Ta kąpiel to najpierw normalna parówka. W łaźni tej trzymano nas do rana. Dopiero rano pod prysznic z zimnej wody. Następnie wydano nam obozowe ciuchy, przydzielono numery, które tatuowali nam na lewym przedramieniu. Ja otrzymałam numer 26816, mama chyba numer 26815, jedna z sióstr 26814 a druga 26817.

Moja mama – Katarzyna Bondyra
Siostra – Stefania

Po zakończeniu wszystkich czynności związanych z przyjęciem do obozu przydzielona zostałam wraz z siostrami i mamą do bloku nr 13. Blokową była słowacka Żydówka z Żyliny Ema Kolegorowa. W tym właśnie bloku, murowanym, przeszłam tak zwaną kwarantannę. Trwała ona około 3 tygodni. Sporadycznie wybierano nas do roboty. Były to najczęściej prace porządkowe. Po pewnym czasie – już chyba po skończonej kwarantannie – blokowa zaczęła wybierać do pracy. Mnie przydzielono do Effektenkammer. Ten magazyn mieścił się w tym czasie w budynku dawnego Monopolu Tytoniowego. Wraz z przydziałem do pracy zostałam przeniesiona do bloku nr 21 na tym samym odcinku obozu. Mama wraz z siostrami zostały w bloku nr 13. Blokową była wtedy więźniarka pochodzenia żydowskiego – jednak nie pamiętam jak się nazywała.

W trakcie pracy w magazynie zachorowałam. Dostałam wysokiej gorączki. Siostra i mama pomagały mi, żeby nie było po mnie poznać, że jestem chora. Do dzisiaj nie wiem, co to była za choroba. Pamiętam tylko, że miałam bardzo wysoką temperaturę. Również dzięki koleżankom udało mi się tę chorobę przezwyciężyć. Sama praca w magazynie nie była ciężka. Sortowałyśmy ubrania i bieliznę po przywiezionych do obozu. Pakowałyśmy te ciuchy do paczek i ładowałyśmy do podstawionych na wewnętrzną bocznicę wagonów.

Któregoś dnia jedna ze starszych wiekiem więźniarek poprosiła mnie, żeby zorganizować jej ciepłą bieliznę i sweter. Był to początek 1943 roku i temperatury były dosyć niskie. Jak już to ubranie udało mi się zorganizować i niosłam je do obozu, to natrafiłam na rewizję. Oczywiście bez trudu znaleziono przy mnie rzeczy wyniesione z magazynu. W obozie było to straszne przestępstwo. W efekcie tej rewizji wyrzucono mnie z tego komanda i otrzymałam karę, która polegała na tym, iż przez 15 dni po apelu wieczornym musiałam stać przez dwie godziny na baczność przy bramie obozowej na odcinku BIa. Raz się stało pełne dwie godziny a innym razem krócej. Tę karę skracała nam słowacka Żydówka imieniem Katka, która była w tym czasie szrajberką w Blockfürhrerstubie przy bramie obozu kobiecego. Jak dyżurujący esesmani wyszli w swoich sprawach z wartowni, to wówczas Katka najczęściej kazała nam wracać do bloków. Nam, bowiem takich jak ja ukaranych stójką było wówczas znacznie więcej. Czasami było nas kilka a czasami kilkanaście kobiet. Za karę przydzielono mnie do komanda, które z terenu obozu kobiecego zbierało trupy więźniarek. Potworna praca. Początkowo bardzo bałam się tych trupów, które tak naprawdę nic mi przecież nie mogły zrobić. Zwłoki wiązało się za ręce i ciągnęło po błocie jakie zalegało w Birkenau do wozu. Później zwłoki przewożone były do krematorium.

Stan komand był dosyć płynny. Ale z reguły było nas około 10-15 kobiet. Z tego komanda zapamiętałam starszą Panią z Łodzi. Nie znam jej imienia ani nazwiska, ale to właśnie ona opiekowała się mną i dwoma koleżankami. Zawsze powtarzała, że jak będziemy się trzymać blisko niej, to nie zginiemy. Chociaż była czasami wulgarna, to jednak była postacią pozytywną. Tylko swoimi nie znanymi nam sposobami kombinowała dla nas dodatkowe racje chleba. My natomiast mówiłyśmy do niej "teściowa". Niestety nie znam jej dalszych losów.

W tym czasie moja najstarsza siostra Józefa pracowała w kuchni obozowej. Obierała ziemniaki. Siostra Stefania sprzątała w bloku więźniarskim. Do tej dobrej roboty, jak na warunki obozowe pracy, wyznaczyła ją blokowa Ema Kolegorowa. Natomiast mama w tym czasie była chora i przebywała w obozowym rewirze. Z tej choroby mama już nie wyszła i zmarła na tyfus w kwietniu 1943 roku. Jej obozowe zdjęcie wisi w korytarzu w bloku nr 6.

Co do mojego taty i brata Tomasza, to tylko raz otrzymałam gryps od brata, w którym pisał, że tata jako niezdolny do pracy został wybrany do gazu. Z zachowanych dokumentów wynika, że ojciec zginął 13 stycznia 1943 roku. Brat Tomasz zmarł w miesiąc później w dniu 11 lutego 1943 roku.

W Birkenau przebywałam chyba do kwietnia. Pamiętam, że jeszcze w kwietniu 1943 roku wywoziłam trupy. W tym czasie też wywołano mnie do transportu. Praktycznie z pracy. Grupę około 170 kobiet skierowano do łaźni. Wymieniono nam czyste łachy obozowe i skierowane zostałyśmy do pobliskich Babic do niewielkiego podobozu. Miałyśmy pracować na roli. Z tego przeniesienia każda z nas była bardzo zadowolona. Warunki w porównaniu z Birkenau o niebo lepsze. Każda z nas miała osobną pryczę. Było czysto, nie było robactwa. W szkole, bo w niej mieścił się ten podobóz, zakwaterowanych było już kilkadziesiąt Ukrainek.

Szkoła w Babicach

Pracowałyśmy w polu przy uprawie buraków i rzepaku. Pamiętam także, że posadzona była jakaś kauczukodajna roślina nad którą Niemcy prowadzili doświadczenia. Ponadto kopałyśmy rowy odwadniające. Równałyśmy też kretowiska i zbierałyśmy siano z łąk. Z tego okresu pamiętam przede wszystkim esesmanów. Komandofürerem był przez pewien czas Kalese z Wrocławia, potem Zauer. Pamiętam także pewnego Ukraińca na którego mówiono „Czarny” i dwie esesmanki Kuk i Borman.

W tym komandzie przebywałam dosyć długo – do sierpnia 1944 roku. W sierpniu zostałam przeniesiona na powrót do Birkenau. Część komanda zlikwidowano. W obozie spotkałam się znowu z siostrami, które w tym czasie były wyznaczone do transportu do obozu do Natzweiler. Siostry bardzo ucieszyły się ze spotkania po kilku miesiącach. Poprzez swoje kontakty załatwiły, że i ja znalazłam się na liście transportowej. We trójkę zawsze raźniej było, tym bardziej, że miałyśmy już obozowe doświadczenie.

Warunki sanitarne były złe. Ubikacje wówczas znajdowały się za barakami mieszkalnymi wzdłuż drutów ogrodzenia. Aby skorzystać trzeba było za każdym razem otrzymać pozwolenie. W nocy w każdym bloku była tzw. nachtwacha. Oficjalnie nie było żadnego mydła ani ręczników. Kto chciał się myć, a znalazł ku temu okazję, musiał wszystko sam sobie zorganizować. Nawet nie było gdzie trzymać tych rzeczy. Oficjalnie można było mieć tylko parcianą torbę, którą przewieszało się przez ramię, a w niej miskę i łyżkę. Posiadanie noża było bardzo surowo zabronione. Szczególnie pamiętam do dzisiaj brak wody. W Birkenau jej wówczas nie było. Jeśli pojawiała się to w bardzo ograniczonych ilościach. O myciu mogliśmy tylko marzyć. Wodę przynosiło się wracając z pracy z Harmęży, czasami z przydrożnych rowów i kałuż. Dzisiaj trudno w to uwierzyć, ale takie były początki obozu w Birkenau. Zresztą z tego powodu cały obóz śmierdział. Do tego dochodziło robactwo. Garściami można było ściągać z siebie wszy i pchły. Ponadto niesamowite błoto. Dzisiaj jak patrzę na tę trawę w Muzeum to wierzyć się nie chce, że to to samo miejsce, przed laty wyglądało zupełnie inaczej.

W baraku, w którym ja mieszkałam, na jednej buksie przebywało nawet 10-12 kobiet. Dawało to łącznie w baraku 1200 osób. Tak było w baraku nr 13. Kto spał wyżej – nie na najniższej buksie, ten miał pod plecami deski. Na dole były cegły lub beton. Niewielka ilość trocin lub szmat, jaką wyłożone były buksy, nie chroniła od zimna i wilgoci ciągnącej od ziemi. Zdarzało się także, że w oknach były rozbite szyby.

Przy wejściu do bloku murowanego, po lewej i prawej stronie znajdowały się niewielkie pokoiki. W jednym mieszkała blokowa, a w drugim była tzw. pakamera, w której trzymano wydawaną na bloki żywność.

Wyżywienie w obozie w Birkenau i Babicach nie różniło się. Tylko pracując w polu była możliwość zorganizowania sobie czegoś więcej do jedzenia. Dodatkowo można było narwać pokrzyw, które w niedzielę, jak się nie pracowało, gotowałyśmy na herbatę. Do tego dochodziła jeszcze możliwość otrzymywania paczek żywnościowych z domu. Spośród nas najbogatsze paczki otrzymywała jedna nauczycielka z Chrzanowa. Jej ojciec był przed wojną naczelnikiem poczty w Chrzanowie. Podpisał nawet volkslistę, żeby ratować córkę. Jednak nie udało mu się. Pamiętam także Zosię Mazurkiewicz z Krakowa. Jej mąż przyjeżdżał do Oświęcimia i tutaj na miejscowej poczcie nadawał paczki dla niej. Jak zapamiętałam była w tych paczkach m.in. mąka w wiaderkach po marmoladzie. Ona oczywiście zawsze dzieliła się z nami. Większość z nas paczek jednak nie otrzymywała. Najbardziej cenione w paczkach były cebula i czosnek.

Podczas mojego pobytu w Birkenau pobudka w lecie była o trzeciej nad ranem, roznoszono wówczas herbatę i zioła. Następnie cały blok był sprzątany a my w tym czasie czekałyśmy na zewnątrz bloku na apel. Trwało to bardzo długo. Liczenie bardzo często przedłużało się. Były pomyłki i liczono wszystkich od początku. Myśmy musiały stać na apelu do momentu kiedy stan się zgadzał. Jak było zimno, to chwytałyśmy się pod ręce i tuliłyśmy do siebie. W ten sposób grzałyśmy się jedna od drugiej. Wieczorem kładłyśmy się spać około dziewiątej, jeśli oczywiście apel wieczorny się nie przedłużył. Kilka razy kogoś brakowało i trzymano nas do dwunastej w nocy.

Po przeniesieniu z Babic do Birkenau otrzymałam przydział do bloku nr 3 na pierwszym odcinku BIa. Wraz ze mną zostały przeniesione wszystkie Polki, które pracowały w Babicach. Ale jeśli chodzi o mój pobyt w Birkenau, to byłam jeszcze w bloku nr 7, tutaj blokową była Lidka. Nie wiem skąd pochodziła. Była bardzo zła. Wraz ze swoimi sztubowymi biła wszystkie podległe jej więźniarki. Równie niedobrze jak Lidka, a nawet znacznie gorzej zapisała się w mojej pamięci i chyba wszystkich więźniarek w Birkenau, Stenia Starostka. To był diabeł w ludzkiej skórze. Wystarczyło, że ktoś krzyknął – idzie Stenia – to każdy uciekał gdzie mógł. Pełniła ona funkcję starszej obozu kobiecego co dawało jej nieograniczoną władzę. Ze Starostką, a właściwie jej sprawą spotkałam się po wojnie w 1945 roku w Lubece. Do tego obozu, w którym leczyłam się wraz z innymi więźniarkami po pobycie w obozach koncentracyjnych, przyjechał oficer – Polak i szukał świadków, którzy świadczyliby na jej korzyść. Nas wtedy, kobiet z Auschwitz, w Lubece było około 10. Pamiętam m.in. Wandę Urszulak, Józefę Olszewską. Z tego co mówił ten oficer wynikało, że Starostka była w tym czasie aresztowana i prawdopodobnie szykowano jej proces. Jedna z koleżanek (nie pamiętam już która) była nawet skłonna świadczyć na jej korzyść, bo jak twierdziła uratowała ona życie jej matce. Jak myśmy wówczas na nią „wsiadły”, bo przecież każda z nas wiedziała kim była Stenia i co robiła w Auschwitz tak, że w końcu z tego zrezygnowała.

Chciałabym wspomnieć o wydarzeniu, które zapamiętałam z pobytu w Birkenau. Był to chyba przełom lutego i marca 1943 roku. Władze obozowe przeprowadziły apel generalny. Jeszcze leżał śnieg, ale w wielu miejscach już stopniał i porobiły się duże kałuże. Wypuszczono do pracy wszystkie komanda robocze. Natomiast więźniarki przebywające w obozie spędzono na plac przed blokami, w to miejsce, gdzie dzisiaj jest parking dla samochodów w Brzezince. Wypędzono nas co najmniej kilkaset osób. Po dokładnym przeliczeniu stałyśmy tam do godziny 17. później pojedynczo biegiem wpuszczano nas do obozu. Tuż za bramą stał esesman Tauber ze swoją laską i co jakiś czas kogoś za szyję tą laską odciągał na bok. Uznane za zbyt wynędzniałe i chore więźniarki zaraz kierowano do bloku nr 25, który nazywaliśmy Blokiem Śmierci. Praktycznie żadna więźniarka tam skierowana nie przeżyła. Co jakiś czas tam osadzone wywożono do komór gazowych. Bez względu na to, czy była to Żydówka czy też Aryjka. Do tego bloku trafiło wiele kobiet również z naszego zamojskiego transportu ale po tylu latach nie jestem w stanie sobie przypomnieć ani jednego nazwiska.

Wiele z nas więźniarek widziało, co się działo z transportami po selekcji. Ja zawsze byłam ciekawska i jak się dało, to obserwowałam zdarzenia na rampie. Kilka razy widziałam selekcję z niewielkiej odległości, z okolic łaźni obozowej. Widziałam na własne oczy jak Żydówka, jakby coś przeczuwając, wyparła się własnego dziecka. Dziecko to miało około 5 lat. Esesman wołał ją, żeby zabrała to dziecko, a ona krzyczała, że to nie jest jej. Zniecierpliwiony esesman wyjął pistolet i zastrzelił najpierw dziecko a później Żydówkę. To wszystko działo się wśród ludzi na rampie. Do dzisiaj mam tę scenę przed oczami. Zresztą ja sama przeżyłam coś takiego na rewirze i za każdym razem nie byłam pewna, czy będę żyła, czy to już koniec. Przebywałam wtedy w rewirze obozowym chorując na oczy. Bardzo mi ropiały. Ropa ciekła po policzkach. Pewnego dnia do bloku szpitalnego przyszedł lekarz SS. Nie pamiętam kto to był. Towarzyszył im więźniarski personel medyczny. Wszystkie chore, które mogły wstać musiały wstać z prycz i ustawić się w jednym rzędzie. Lekarz powoli przechodził przed nami i jednym ruchem ręki kierował na lewo innych na prawo. Blokowa i sztubowe zapisywały numery. W takiej sytuacji nikt z nas nie wiedział, czy będzie żyć, czy to już koniec. To była wielka loteria. Różnica między rampą obozową była taka, że tam ludzie nie zdawali sobie sprawy z tego co ich czeka. Tutaj natomiast była pełna świadomość. Strasznie tę wybiórkę przeżyłam. Ale udało się.

Jak wyglądał dzień powszedni w lagrach na ogół wiadomo. Ale Święta Wielkanocne lub Bożego Narodzenia były bardzo smutne. Przecież w obozie była cała moja rodzina. Matka zanim zachorowała i zmarła leżała w tej samej buksie co ja. W tym samym bloku były moje siostry. Pamiętam, że po apelu wieczornym padła komenda do rozejścia się na bloki. Siostra zdobyła gdzieś mały woreczek grochu polnego. To było wszystko, co miałyśmy. Taka była to Wigilia. To co się miało, to dzieliło się między koleżanki. Złożyłyśmy sobie życzenia i coś tam mruczałyśmy pod nosem. Myśli wybiegały ku wolności, bowiem jeszcze niedawno byłyśmy wolne. Kolejne święta przebiegały podobnie...

Z Birkenau zostałam wywieziona w sierpniu 1944 roku. Był to kilkusetosobowy transport do obozu w Natwzeiler.

Załadowano nas do otwartych wagonów – węglarek. Miałyśmy na sobie tylko cieniutkie płócienne sukienki z krótkim rękawem. Pomimo, że to było lato, bardzo wszystkie zmarzłyśmy. W dzień upał a w nocy bardzo zimno. To zimno potęgowały jeszcze stalowe ściany wagonów. Jak zatrzymywał się pociąg, nie pozwalano nam opuszczać wagonów. Dbała już o to niemiecka eskorta. Potrzeby fizjologiczne załatwiało się do wiader w wagonie a później na postojach te kubły były opróżniane.

Wreszcie chyba po tygodniu jazdy dotarliśmy do Natzweiler. Tam pierwsze od wielu dni – ciepłe jedzenie. Pamiętam, że od dłuższego czasu najadłam się do syta. Nagotowano dla nas makaronu, na który mówiono „nudle”. Pamiętam także, że do makaronu wydano nam chleb. Jadłyśmy nie byle gdzie tylko w stołówce obozowej. Mało tego, w tym obozie była woda. Każda z nas porządnie się wykąpała.

Tuż po rozlokowaniu w barakach, potwornie zmęczone nie zdążyłyśmy porządnie zasnąć, jak ogłoszono alarm przeciwlotniczy. Półprzytomną zaciągnęła mnie do schronu siostra. W tym obozie byłam bardzo krótko, może około tygodnia. W tym czasie zatrudnione byłyśmy w pobliskiej fabryce amunicji. Oczywiście zlecano nam najprostsze czynności. Ja biłam metalowym numeratorem numery na gilzach pocisków. Pamiętam, że tym razem ze mną pracowała Pani Szabatowska z Łodzi, która operowana była na wyrostek robaczkowy w Birkenau. Po tym zabiegu nie była w pełni sił. Poprosiła mnie, abym załatwiła dla niej u majstra lżejszą pracę. Ona woziła tam na taczkach lub na wózkach te metalowe gilzy, które ja później numerowałam. Nadzorujący nas Niemiec bardzo chętnie się zgodził. Po prostu zamienił nas stanowiskami pracy. Odtąd ja woziłam gilzy taczkami a ona je numerowała. Tak na tym wyszłam...

Po tych kilku dniach ponownie zaczęto formować transport. Już słychać było bardzo blisko kanonadę artyleryjską. Ktoś powiedział, że alianci są już około 20 kilometrów od obozu. Niemcy zarządzili ewakuację. Należało pozwijać koce, wydano jakieś jedzenie i w drogę do Ravensbrück. Ewakuowano wtedy praktycznie cały obóz. Szłyśmy bocznymi drogami przez kilka dni. Kolumna więźniarek liczyła około 500 kobiet. Po drodze przeżyłyśmy nalot lotnictwa alianckiego. Rozproszyłyśmy się po całej łące. Na szczęście żadnej z nas nic się nie stało. Za to kilku esesmanów oberwało od broni pokładowej kilku esesmanów. Straty były także w taborach. Korzystając z zamieszania wywołanego nalotem uciekłam z transportu wraz z koleżanką. Ukryłyśmy się u francuskiego gospodarza. Ale takich jak my było więcej. Niemcy chodzili po okolicy i wyłapywali wszystkie więźniarki, które oddaliły się od transportu. Nas wydał jakiś z Francuzów i Niemcy dołączyli nas do reszty transportu. Czy komuś udało się wtedy uciec – tego nie wiem. Po dosyć męczącym marszu dotarliśmy do jakiegoś obozu jenieckiego. Nie mam pojęcia jak ten obóz się nazywał. Był to obóz jeńców polskich. Tam właśnie zarządzono odpoczynek. Po kilkudziesięciu godzinach podstawiono wagony towarowe i wywieziono nas do obozu w Ravensbrück.

Ravensbrück

Było kolejne spisywanie personaliów. Tutaj miałam taki sam numer jak w Auschwitz. Pamiętam, że był to już październik 1944 roku. W Ravensbrück przebywałam kilka tygodni. W tym czasie zatrudniona byłam w komandzie, które kręciło z faszyny elementy do umacniania brzegów rzek. Pracowałyśmy poza obozem a nadzorowały nas esesmanki Chorwatki. Nie były złe. Na wiele rzeczy przymykały oczy. Pozwalały nawet rozpalić ognisko i można było się ogrzać.

Po kilku tygodniach z poszczególnych bloków wybrano kilkaset kobiet. Trudno mi dzisiaj określić dokładną liczbę ale było nas bardzo dużo. W tym transporcie znalazły się prawie wszystkie oświęcimianki, w tym także moje dwie siostry. Cały transport skierowano do obozu Berlin – Kepenig. Jazda trwała bardzo krótko bo około trzech godzin. Był to właściwie cywilny obóz umiejscowiony nad Sprewą. Kilka ogrodzonych drutem kolczastym baraków. Z tego obozu statkiem rzecznym wożono nas do fabryki Siemensa, w której byłyśmy zatrudnione. Produkowano w niej m.in. kable energetyczne. Moja siostra Stefania pracowała przy maszynie, która poszczególne żyły w kablu izolowała celofanem. Ja natomiast pracowałam w kontroli technicznej. Druga siostra Józefa w tym czasie zachorowała, miała m.in. flegmony i jako niezdolna do pracy została wywieziona do Bergen-Belsen. Na szczęście przeżyła obóz.

Warunki w tym obozie były znośne. Przede wszystkim nie było robactwa, wody było pod dostatkiem, każda miała swoją pryczę. Było mydło. A więc warunki w porównaniu z poprzednimi obozami krańcowo różne. W tym obozie przebywałam gdzieś do marca 1945 roku. Pamiętam, że któregoś dnia po zakończonej pracy czekałyśmy na przypłynięcie statku z drugą zmianą. Statek się spóźniał. Wreszcie przypłynęła duża barka rzeczna wypełniona więźniarkami. Okazało się, że nie przyjechały do pracy lecz był to transport do kolejnego obozu. Załadowano nas na tę barkę i popłynęłyśmy do obozu w Kepenig. Tam po zabraniu swoich rzeczy sformowano kolumnę ewakuacyjną do obozu w Sachsenhausen, również w pobliżu Berlina.

Podobnie jak w Kepenig już nas nie rejestrowano, tylko przeliczono i skierowano do bloków. Obóz był bardzo duży. Sporo więźniów różnych narodowości. Do dzisiaj pamiętam leżącego tam więźnia Murzyna, który wygrzewał się na słońcu obok baraku. Widok dotychczas nie spotykany.

Sachsenhausen
Sachsenhausen

Z bloków nas nie wypuszczano. Wykonywałyśmy drobne prace porządkowe. Po kilkunastu dniach zarządzono ewakuację obozu. Dla mnie i moich koleżanek była to już kolejna taka ewakuacja. Zdążyłyśmy się przyzwyczaić. Około 13 kwietnia 1945 roku wypędzono wszystkich więźniów z obozu. Kolumny liczyły po 500 osób. Wśród nas sporo osób było bardzo wycieńczonych, które nie mogły iść. Kto jednak zostawał w tyle, do tego strzelano. Widziałam przy drodze leje po bombach, do których wrzucano zwłoki. Widok był okropny. Po jakimś czasie doszliśmy do niewielkiej wioski wśród lasów. Wokół Niemcy zgrupowali sporo więźniów, między innymi i naszą kolumnę. Tam właśnie zdarzył się przypadek kanibalizmu. Kilku więźniów z innego transportu z powodu potwornego głodu poćwiartowało zwłoki innego więźnia. Ja tego osobiście nie widziałam ale powiedziały mi o tym inne więźniarki. Zapamiętałam również, że nasza kolumna nie była eskortowana przez esesmanów lecz przez Wehrmacht. Jednym z żołnierzy był podoficer w stopniu sierżanta. Porządny chłop. Mówił nam, że jego rodzina jest pod okupacją amerykańską. Widząc jaki panuje wśród nas głód, poszedł do wioski i kupił za własne pieniądze pięć cetnarów ziemniaków. Powybierał spośród nas kilka młodych i w miarę silnych więźniarek do gotowania tych ziemniaków. Znowu od wielu dni byłyśmy syte. Ziemniaków wystarczyło, żeby nabrać ich do toreb, które miałyśmy ze sobą. Ponadto w stodole, w której nocowałyśmy był łubin do spasania bydła. Łubin w połączeniu z ziemniakami zapewniał uczucie sytości.

Po odpoczynku ruszyliśmy dalej. Kilka dni później dotarliśmy do innej wioski w okolicach Schwerina. Pamiętam, że na placu wiejskim był duży żuraw, którym ze studni czerpało się wodę. Byłyśmy bardzo spragnione. Ale miejscowi gospodarze najpierw doprowadzili do wodopoju konie, krowy, barany i świnie. Jak już wszystkie bydło było napojone, to Niemcy łaskawie zezwolili żebyśmy się napiły. Na nocleg zapędzono nas do dużej stodoły. Spałyśmy jak zabite. Ranek był bardzo słoneczny. W pewnym momencie drzwi stodoły się otworzyły i stanął w nich młody chłopak – oficer amerykański. Krzyknął do nas, że jesteśmy wolne. Co się wówczas działo, radość nie do opisania. Wszystkie poryczałyśmy się ze szczęścia. Ten oficer powiedział również, że co chcemy to możemy brać z domów do jedzenia. Część więźniarek dopadła w gospodarstwach jedzenia i dla wielu skończyło się to bardzo tragicznie. Wygłodzone żołądki nie były w stanie przyjąć i strawić tyle jedzenia na raz. Ludzi z przejedzenia zaczęli umierać. Myśmy uważały. Moja siostra wydoiła w jakimś gospodarstwie krowę. Do mleka dolała wody i nagotowałyśmy sobie zacierki, takiej zupy na mleku. Jak już pojadłyśmy sobie to ja wraz z koleżanką z Krakowa – Hanią, poszłyśmy na szaber do wsi. Chciałyśmy skombinować coś na zapas do jedzenia. W jednym z gospodarstw zobaczyłyśmy olbrzymi stos drewna opałowego. Ja czułam, że coś jest pod spodem. Wdrapałam się na to drewno i zaczęłam zrzucać na dół pocięte drewno na opał i pod spodem... nie ma nic. Ja na to, że znajdziemy coś i rzeczywiście. Na dole była beka a w niej masa słoniny wędzonej i mnóstwa wędlin. Przy okazji wymieniłyśmy sobie bieliznę z naszej zawszonej na czyściutką, wykrochmaloną.

Po dwóch dniach Amerykanie odeszli i na ich miejsce przyszli Rosjanie. To, co dzisiaj pamiętam, to gwałty na kobietach. Pijana dzicz nie miała litości dla nikogo. Dzięki kilku chłopakom, byłym więźniom, udało się naszej grupie byłych więźniarek uniknąć losu wielu innych kobiet w tej wiosce. Żeby nie kusić losu, postanowiłyśmy stamtąd uciekać do Schwerina. Tam w koszarach niemieckich przebywało już sporo więźniów i jeńców wojennych. Tutaj poczułyśmy się bezpieczne.

Wielkim przeżyciem był dla mnie udział we mszy świętej polowej. Pierwsza msza od kilku lat. Do dzisiaj ją pamiętam.

Od Amerykanów otrzymałyśmy namiot, który należało rozłożyć na placu koszarowym. Żadna z nas nie miała o tym pojęcia. W między czasie zaczął padać deszcz. Wszystkie weszłyśmy pod płachtę namiotową i moknęłyśmy. Obok nas namiot rozłożyli mężczyźni. Jak zobaczyli, że nie dajemy sobie rady, a w dodatku jesteśmy oświęcimiankami, to błyskawicznie nam ten namiot postawili. Dałyśmy im za to słoniny. Bardzo się ucieszyli, chociaż w przejściowym obozie nikt z głodu nie cierpiał.

Jak doszłyśmy do siebie, Anglicy organizowali transport do Lubeki. Było nas bardzo dużo, w tym sporo cywilów. W Lubece większość z nas była poddana leczeniu. Trwało to długo, bo do marca 1946 roku. W tym to właśnie miesiącu wróciłam do Polski. W dużym transporcie płynęłam z Lubeki do Gdyni. Na miejscu w Urzędzie Repatriacyjnym nastąpiła rejestracja. Każdy dostał bilet kolejowy do swojego miejsca zamieszkania. Z różnymi przygodami dotarłam z siostrą Józefą do Lublina. Później do rodzinnej wioski do Mokrego. Ale tak naprawdę nie było do czego wracać. Nasz dom został na polecenie Niemców rozebrany. Mama, ojciec i brat nie żyli. Wróciłam tylko z siostrą Józefą. O Stefani nie mieliśmy wiadomości.

Ale trzeba było sobie radzić. Ja w Niemczech poznałam mojego pierwszego męża Feliksa Cendrowskiego, byłego więźnia Auschwitz nr 1787, którego przywieziono do obozu pierwszym transportem warszawskim w 1940 roku. Mąż dostał pracę w straży przemysłowej Państwowego Muzeum w Oświęcimiu i zamieszkaliśmy w służbowym mieszkaniu w Oświęcimskim Muzeum. Później z osobistych względów przeniosłam się do Łodzi. Wyszłam powtórnie za mąż. Natomiast siostra Józefa pozostała w Mokrem. Obecnie już nie żyje. Druga siostra Stefania, która była więziona w Bergen-Belsen, wróciła szczęśliwie do Polski. Wyszła za mąż za pana z Darłowa i oboje zamieszkali w Zamościu. Stefania również już nie żyje. A ja w sierpniu 2008 roku wróciłam do Oświęcimia.