KASZTELANIA.PL - PIERWSZY OŚWIĘCIMSKI PORTAL INTERNETOWY

FORUM DYSKUSYJNE
Teraz jest sobota, 25.10.2014, 8:42

Strefa czasowa: UTC [ DST ]




Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 137 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 10  Następna strona
Autor Wiadomość
 Tytuł:
PostNapisane: sobota, 3.03.2007, 19:56 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
--------------------------------------

ROGER LANCELYN GREEN "MITY SKANDYNAWSKIE "

(Tłumaczyła: Aldona Szpakowska)
"Jest to wielka opowieść północy,
która dla całej rasy powinna być tym,
czym opowieść o Troi była dla Greków"

William Moris


PRZEKLEŃSTWO PIERŚCIENIA ANDVAREGO

W okresie kiedy Odin miał jeszcze zwyczaj wędrować w przebraniu po Midgardzie, przybył on pewnego dnia w towarzystwie Honira i Lokego nad piękną rzekę, która wartko .płynęła przez niską kotlinę.
Idąc jej brzegiem do źródła natrafili na wysoki wodospad w samotnej górskiej dolinie. Na pobliskiej skale zobaczyli wydrę, która mrugając radośnie powiekami zabierała się do jedzenia złowionego przed chwilą łososia. Loki natychmiast chwycił kamień i tak celnie nim rzucił, że w mgnieniu oka martwa wydra leżała obok martwego łososia.
- Aha! - zawołał Loki. - Dwoje za jednym uderzeniem! Widzicie, że rzuciwszy jeden raz kamieniem trafiłem i w wydrę, i w łososia!
Podniósł swój podwójny łup i trzej Asowie znów ruszyli w drogę. Doszli wreszcie do domu, leżącego wpośród uprawnych pól i opasanego potężnym murem, jak dom wielkiego pana.
Trzej wędrowcy zbliżyli się do bramy, a przekonawszy się, że jest otwarta, weszli do wielkiej sali, gdzie siedział samotnie przy ognisku śniady mężczyzna o płonących oczach.
- Witajcie, przybysze! - zawołał. - Powiedzcie mi, kim jesteście i dlaczego zjawiacie się na dworze Hreidmara czarnoksiężnika?
- Jesteśmy ubogimi pielgrzymami wędrującymi po świecie - odpowiedział Odin i uniósł uprzejmie szerokoskrzydły kapelusz przyglądając się bacznie Hreidmarowi swym jedynym okiem. - Kiedyśmy zobaczyli wśród tych bujnych łanów zboża twój obwarowany dom, zawróciliśmy, aby cię odwiedzić.
- Jesteśmy wprawdzie biedni - dodał szybko Loki - ale za to silni i na swój sposób zręczni i mądrzy. Spójrz no na tę wydrę i tego łososia, których zabiłem rzuciwszy jeden raz kamieniem.
Kiedy Hreidmar zobaczył, co Loki trzyma w ręku, zerwał się na równe nogi i zawołał:
- Chodźcie tu, moi synowie, Fafnirze i Reginie! Chodźcie i zwiążcie tych złych ludzi, którzy zabili waszego brata Wydrę!
A kiedy ich obezwładnił czarnoksięską mocą, wbiegli do sali dwaj krzepcy młodzieńcy i związali ich mocno żelaznymi łańcuchami.
- A teraz - rzekł szyderczo Hreidmar pasąc oczy widokiem swych jeńców - pozostaje tylko zdecydować, jaką śmiercią umrzecie.
- A dlaczego chcesz nas zabić? - zapytał spokojnie Honir, mając nadzieję, że siłą argumentacji uda im się gładko wywinąć z niebezpieczeństwa.
- Trzeba ci wiedzieć - odpowiedział Hreidmar - że jestem mistrzem czarnej magii, takiej jaką znają trolle i czarne elfy. Moi trzej synowie także posiedli tę sztukę, a poza tym obdarzeni są umiejętnością przybierania jakiej zechcą postaci. Mojemu najstarszemu synowi Wydrze zachciało się spędzić jakiś czas pod postacią wydry, aby mógł oddawać się ulubionemu zajęciu łapania ryb skaczących z pobliskiego wodospadu, który nazywamy Siłą Andvarego. Zabita przez was wydra to mój rodzony syn, a sprawiedliwość i każe płacić życiem za życie.
- Ale sprawiedliwość zezwala na glówczyznę - odpowiedział niewzruszony Honir - czyli na zapłatę za przypadkowo dokonane zabójstwo. Ten mój towarzysz rzucił kamieniem w coś, co wyglądało na zwykłe zwierzę, żyjące nad brzegiem rzekł. A zatem zadecydujcie, jaką glówczyznę mamy złożyć za śmierć waszego syna.
Hreidmar naradzał się czas jakiś z Fafnirem i Reginem, a w końcu powiedział :
- Przybysze, przyjmiemy od was główczyznę, a mianowicie taką: tyle dobrego czerwonego złota, ile wypełni skórę wydry, która była moim synem, i ile trzeba, aby ją pokryć tak, żeby nawet włosek nie wystawał. Dwóch z was pozostanie tutaj w łańcuchach, a trzeci pójdzie przynieść złoty okup.
Potem trzej Asowie naradzali się w odosobnieniu i w końcu ustalili, że to przebiegły Loki pójdzie zdobywać złoto.
- Udaj się do czarnych elfów i do karłów - pouczał go Odin. - Użyj wszystkich swoich sztuk, wpadliśmy bowiem w ręce czarnoksiężnika, który nie może się dowiedzieć, kim jesteśmy. Dlatego nie poślę cię do Asgardu po ratunek.
- Możecie na mnie liczyć - odparł Loki z chytrym uśmiechem. - Wiem, gdzie można dostać złoto - chociaż doprawdy zdobycie go będzie wymagało użycia wszystkich moich umiejętności.
Tak więc Odin i Honir pozostali w łańcuchach, Fafnir zaś i Regin zdarli skórę z wydry, aby wymierzyć glówczyznę, i Loki wyruszył na poszukiwanie skarbu.
Udał się wprost do Siły Andvarego, skąd wydra wyciągnęła lśniącego łososia, i usiadł koło wodospadu.
Loki mógł widzieć wszystko, co kryło się za szumiącym srebrnozielonym łukiem wód, i wkrótce dojrzał, że karzeł Andvari pod postacią szczupaka wpływa w otwór swej pieczary, leżącej za wodospadem; dostrzegł też za szczupakiem lśnienie złota w mroku pieczary.
“Jak by go złapać? - zastanawiał się Loki. - Nie mógłbym go złapać rękami, a jest za mądry, aby miał połknąć haczyk, choćbym założy! najbardziej kuszącą przynętę".
Wtem przypomniała mu się Ran, okrutna żona olbrzyma Agira, władcy mórz, która łapała w swoją sieć marynarzy z rozbitych okrętów i sprowadzała ich na dno oceanu. Ran nie żywiła przyjaźni do Asów, ale poznała, że w Lokim płynie zła krew olbrzymów, i chętnie użyczyła mu swojej sieci.
- Ale nie pozwól, żeby zobaczyli ją Asowie - ostrzegała go. - Bo może nadejść dzień, kiedy będziesz chciał uciec, a tylko taka sieć może cię pochwycić.
Loki wziął sieć Ran i udał się nad wodospad. Rzucił sieć do wody, a potem wyciągnął tak zręcznie, że ogromny szczupak utknął w jej oczkach i leżał na brzegu, łapiąc pyszczkiem powietrze.
Loki wziął go w ręce i trzymał tak długo, aż Andvari powrócił do swojej właściwej postaci i zapytał gniewnie, czego od niego chcą.
Kiedy Loki mu to powiedział, Andvari dla ratowania życia musiał się wyrzec wszystkich swoich skarbów. Wyniósł je z jaskini poprzez łuk spadających wód i ułożył na brzegu - utworzyły doprawdy wysoki stos: takiej ilości dobrego złota nie widziano przedtem nigdy w Midgardzie.
Kiedy w końcu całe złoto leżało na brzegu, karzeł Andvari odwrócił się, aby odejść. Ale w tym momencie wyciągnął szybko spod stosu jeden mały złoty pierścień.
Obserwujący wszystko Loki dostrzegł to jednak i surowo mu rozkazał rzucić pierścień na stos.
- Pozwól mi zatrzymać przynajmniej ten pierścień - błagał karzeł. - Mając go będę mógł zrobić więcej złota, ale ten zaczarowany pierścień nie służy nikomu, kto nie jest z rodu karłów.
- Nie zatrzymasz ani odrobiny złota - powiedział niedobry Loki i wyrwawszy mu pierścień trzymał go mocno w ręku.
- W takim razie - oświadczył karzeł - weź razem z tym pierścieniem J moje przekleństwo. Wiedz, że to przekleństwo przywiązane jest do pierścienia i każdemu, kto go posiądzie, przynosić będzie smutek i zgubę, aż pierścień i złoto znajdą się znowu w głębokich wodach.
Powiedziawszy to Andvari zamienił się znów w szczupaka i dał nurka na dno rzeki.
A Loki zebrał złoto i wrócił z nim do siedziby Hreidmara, gdzie Odin i Honir niespokojnie na niego czekali.
Kiedy Hreidmar zobaczył złoto, napełnił nim skórę wydry, a potem ją postawił. Obsypywali ją zlotem dokoła, aż pod nim znikła, a zużyli do tego cale złoto.
Kiedy sypali złoto, Odin zauważył pierścień Andvarego i wydał mu się tak piękny, że wziął go ze stosu i wsunął na palec. Kiedy całe złoto utworzyło kopczyk nad skórą wydry, Odin zawołał:
- A więc, Hreidmarze, zapłaciliśmy główczyznę. Spójrz, skóra wydry jest całkowicie ukryta pod złotem.
Hreidmar przyjrzał się uważnie kopczykowi złota.
- O nie! - zawołał. - Widać jeden włos. Zakryjcie i len włos również, bo jeszcze nie zapłaciliście glówczyzny i życie wasze jest w niebezpieczeństwie.
Odin z westchnieniem zdjął pierścień z palca i zakrył nim ostatni włos. W ten sposób złożyli główczyznę i odzyskali wolność.
Kiedy już byli wolni i Odin znowu trzymał swoją dzidę i nie groziło mu żadne niebezpieczeństwo, Loki zwrócił się do Hreidmara i powiedział:
- Pierścień Andvarego niesie ze sobą klątwę Andvarego, zło i smutek towarzyszyć będą każdemu, kto go założy.
Następnie trzej Asowie wrócili do Asgardu, ale pozostawili klątwę pierścienia Andvarego, która spadła na Hreidmara i jego dwóch synów.
- Musisz nam dać część główczyzny - powiedział ojcu Fafnir i Regin. - Wydra był także naszym bratem, nie tylko twoim synem.
- Nie dostaniecie ani jednego złotego pierścienia - odpowiedział Hreidmar i zamknął skarby w najbardziej zabezpieczonym pokoju.
Fafnir i Regin poczęli spiskować przeciw ojcu i w rezultacie Regin zamordował ojca, aby wydrzeć mu złoto Andvarego.
- A teraz - powiedział Regin, kiedy już zbrodnia została dokonana - podzielmy ten skarb równo między siebie.
- Nie dostaniesz ani jednego złotego pierścienia - odpowiedział Fafnir. - Doprawdy wcale na to nie zasłużyłeś, bo przecież zabiłeś ojca dla złota. A teraz wynoś się stąd szybko, bo inaczej ja ciebie zabiję! Życie za życie, mówi prawo, a twoje życie wystawiłeś na hazard mordując Hreidmara.
Tak więc Fafnir wypędził Regina, a sam założył na głowę hełm przerażenia Hreidmara i wyniósł cały skarb nagromadzony przez Andvarego na pogórze Gnitaheid, z daleka od ludzkich ścieżek, i ukrył je w pieczarze. Następnie wziął na siebie postać straszliwego smoka, legł na złocie i zwyczajem smoków pożerał je oczyma.
A Regin, zaprzysiągłszy mu w swym sercu pomstę, udał się na dwór Hjalpreka, króla Danii, i został u niego kowalem. Oddano mu pod opiekę młodego bohatera, Sigurda Volsunga, syna Sigmunda, któremu kiedyś Odin podarował zaczarowany miecz.
Bo kiedyś na dworze króla Volsunga, gdy wojownicy siedzieli nad rogami miodu, wyszedł z ciemności jakiś nieznajomy jednooki mężczyzna w szerokoskrzydłym kapeluszu i długim płaszczu. Szedł w głąb sali, aż znalazł się przy wielkim dębie, wokół którego ją zbudowano.
Stanąwszy tam, wyciągnął wielki, błyszczący miecz i wbił go w twarde drzewo tak mocno, że zagłębił się aż po rękojeść.
- Kto wyciągnie z pnia drzewa ten miecz, otrzyma go ode mnie w darze i przekona się, że żaden śmiertelnik w Midgardzie nie trzymał nigdy w ręku lepszego oręża!
Wyszedł zaraz z sali i zniknął w mroku nocy, a król Volsung i jego wojownicy poznali, że odwiedził ich Odin.
Kiedy wyrósł Sigmund, syn Volsunga, on jeden okazał się dość mocny, aby wyciągnąć miecz z drzewa; i dokonał nim wielu wspaniałych czynów, bo nikt nie zdołał mu się oprzeć.
Nadszedł jednakże dzień, w którym losy kazały Sigmundowi umrzeć. Gdy walczył w swej ostatniej bitwie, nie było nikogo, kto mógłby mu dotrzymać pola, dopóki nie stanął nagle przeciw niemu Odin i nie uderzył w jego wirujący miecz swoją laską. Miecz od razu roztrzaskał się w kawałki, a wkrótce potem Sigmund legł śmiertelnie ranny.
W tej bitwie zginął cały ród Volsungów z wyjątkiem żony króla Sigmunda, Hjordis. Po skończonej walce chodziła po pobojowisku, aż znalazła swego męża, który jeszcze żył. Wydając ostatnie tchnienie polecił jej zebrać szczątki miecza i przechowywać je troskliwie.
- Bo syn, który się nam urodzi - szeptał - będzie najszlachetniejszym ze wszystkich bohaterów Midgardu. Z odłamków tego miecza ukują inny, zwany Gram, i większych nim czynów dokona Sigurd, niż kiedykolwiek ja dokonałem.
W chwilę później Sigmund umarł, a w jakiś czas potem Hjordis wyszła za mąż za króla Hjolpreka, który był dobrym i wielkodusznym ojczymem dla młodego Sigurda.
Regin został jego opiekunem i nauczycielem i uczył go starannie i uczciwie wszystkiego, co potrzebne wojownikowi. Starał się wszakże wzbudzić w nim niezadowolenie z jego losu, bo nie chciał, żeby Sigurd pozostawał spokojnie w Danii. Nie udało mu się jednak wywołać w nim buntu przeciw ojczymowi ani przybranemu domowi.
- Wiesz chyba, ile złota posiadał twój ojciec - mówił Regin. - No cóż, on był królem, a tobie nie przeszkadza, że jesteś kimś bez znaczenia na dworze ojczyma.
- Nie jestem kimś bez znaczenia - odpowiedział Sigurd. - Wystarczy mi o coś poprosić, a to otrzymam.
- Musisz tego dowieść - domagał się Regin. - Poproś króla o konia, o najlepszego konia, jakiego ma, i zobaczysz, co będzie.
- Da mi go! - zapewniał gorąco Sigurd. - Chętnie! I wszystko, o co poproszę!
Mimo to poszedł do króla i poprosił, by mu podarował konia.
- Weź, którego zechcesz - powiedział król - i wszystko, co ci się spodoba z tego, co posiadam.
Nazajutrz Sigurd poszedł do lasu, gdzie pasły się królewskie konie, aby wybrać jednego dla siebie. Po drodze spotkał jednookiego starca z białą brodą, ubranego w długi niebieski płaszcz i szerokoskrzydły kapelusz.
- Dokąd idziesz, młody panie? - zapytał starzec.
- Idę do lasu wybrać dla siebie konia - odpowiedział Sigurd. - Ale ty, czcigodny panie, wydajesz się stary i mądry, poradź mi więc, proszę, jak poznać dobrego wierzchowca.
- Chodź ze mną - odrzekł starzec - a wypróbujemy konie w wartkich wodach Busilu.
I tak też zrobili, spędzając zwierzęta ze stromego brzegu w wody bystrej rzeki. Wszystkie się przelękły i zawróciły na brzeg, z wyjątkiem jednego, wielkiego ogiera, młodego i pięknego, na którym nikt jeszcze nie siedział. I tego wybrał Sigurd. A wtedy starzec powiedział:
- Ten koń jest potomkiem Sleipnira. Musisz się o niego troszczyć, bo będzie najlepszym ze wszystkich rumaków. - Powiedziawszy to zniknął, a wtedy Sigurd poznał, że był to Odin.
Przyprowadził do domu konia i nazwał go Grani. Wkrótce zdobył sławę doskonałego, nieulękłego jeźdźca.
Widząc, że jest już dorosłym mężem o wielkiej sile i odwadze, Regin i. opowiedział mu o smoku Fafnirze, leżącym na wielkim stosie złota w jaskini na Gnitaheid.
- Smok ten jest wielki i dziki - zakończył - aż jego paszczy tryska jad śmiertelny, więc żaden człowiek nie odważył się ruszyć przeciw niemu, zabić go i wziąć skarb.
- Jeżeli będę mieć dobry miecz - zawołał Sigurd - sam porwę się na smoka Fafnira i go pokonam!
- Zrobię miecz dla ciebie - przyrzekł Regin, mistrz kowalstwa. Poszedł do swojej kuźni i ukuł miecz o lśniącym ostrzu, który dał Sigurdowi.
- Spójrz na to, co ukułeś, Reginie! - zawołał Sigurd i uderzył mieczem w kowadło tak silnie, że strzaskał ostrze na kawałki. - Idź, ukuj mi lepszy! - dodał i rzucił na ziemię rękojeść.
Wtedy Regin, posługując się całą swą ogromną wiedzą i sprytem, wykuł nowe ostrze i zaniósł nowy miecz Sigurdowi, który spojrzał na ten oręż z podziwem.
- Może ten cię zadowoli - rzekł Regin - choć przyznać muszę, że ciężko kowalowi mieć pana tak wymagającego jak ty.
Sigurd uderzył w kowadło nowym mieczem, ale i tym razem strzaskał oręż w kawałki i rzucił rękojeść na ziemię.
- Wydaje mi się - zawołał - że jesteś po prostu kłamcą i złym kowalem! A może chcesz mnie wydać smokowi Fafnirowi, który jak słyszałem, jest twoim rodzonym bratem!
Udał się potem Sigurd do swej matki, królowej Hjordis, i zapytał:
- Czy prawdą jest to, co słyszałem, że mój ojciec, król Sigmund, dał ci swój strzaskany miecz Gram, dar Odina?
- Tak, to prawda - odparła.
- Daj mi więc te kawałki, błagam - prosił Sigurd - bo muszę mieć przecież dobry miecz, ja, syn takiego ojca.
Dała mu więc matka odłamki tego miecza, zapowiadając, że zdobędzie nim wielką sławę, a Sigurd zaniósł je do Regina, każąc mu ukuć z nich oręż.
Regin, klnąc w duchu Sigurda, zabrał żelazo do kuźni. Użył całej swojej sztuki, przekuwając je na nowo. A kiedy wyniósł skończone dzieło, miał wrażenie, że płomień strzela z ostrza.
- Sigurd ujął miecz i wydał mu się dobry. Jednakże zamachnął się i z całej siły uderzył w kowadło: wspaniale ostrze przecięło żelazne kowadło aż do podstawy z drewna, a samo się nawet nie wyszczerbiło.
- To jest rzeczywiście dobry miecz - powiedział Sigurd. Lecz chcąc go poddać jeszcze jednej próbie udał się na brzeg rzeki i rzucił w jej toń pasmo wełny, żeby popłynęło z prądem. Następnie zanurzył miecz w wodzie, a gdy prąd zniósł na ostrze pasmo wełny, zostało przecięte na dwoje.
- A teraz - powiedział Sigurd zatknąwszy miecz u pasa - jestem gotów ruszyć przeciwko smokowi. Ale najpierw muszę pomścić śmierć ojca, bo to moja święta powinność.
Wszyscy Duńczycy, mężczyźni, kobiety i dzieci, darzyli Sigurda miłością i natychmiast zebrała się grupa wojowników, gotowa iść za nim. Przepłynęli przez morze i napadli na plemię, które zabiło ród Volsunga. Sigurd pokonał ich w bitwie i jednym uderzeniem miecza Grama zabił króla Linga, który sprowadził śmierć na Sigmunda.
Spędził po tej wojnie jakiś czas u siebie i najwięksi spośród panów Danii wydawali uczty na cześć Sigurda bohatera. Wkrótce przypomniał sobie o smoku Fafnirze.
Udał się więc do Regina, mistrza kowalstwa, i rzekł:
- Przez cały czas miałem w pamięci smoka Fafnira. Prowadź mnie na pogórze Gnitaheid i wskaż drogę do smoka.
- Sigurd i Regin odjechali na nie zaludnione tereny i wreszcie przybyli nad rzekę, której wodą Fafnir zwykł gasić pragnienie. Prowadził do niej przez wrzosowisko długi wydeptany szlak z pieczary, w której mieszkał.
- Powiedziałeś mi, że ten smok nie jest większy od innych - rzekł Sigurd. - Ale teraz patrząc na jego ślady myślę, że to największy ze wszystkich smoków.
- Jednak możesz go zabić - odpowiedział Regin - jeżeli wykopiesz dla siebie dół na jego ścieżce i przebijesz mu serce, gdy będzie przechodził nad tobą idąc napić się z rzeki. - A co się stanie, jeśli spłynie na mnie krew smoka? - spytał Sigurd.
- Na nic się nie zdadzą moje rady - zawołał Regin - skoro się lękasz każdego niebezpieczeństwa! Doprawdy, nie jesteś wart nazywać się synem Sigmunda.
Wtedy Sigurd ruszył naprzód ku pieczarze smoka, ale Regin ukrył się w skałach nad rzeką, bo bał się bardzo.
Sigurd zaczął kopać dół na ścieżce smoka, ale kiedy był tym zajęty, podszedł do niego starzec z długą białą brodą, z jednym tylko okiem skrytym w cieniu szerokoskrzydłego kapelusza i zapytał, co robi.
Kiedy Sigurd mu to wyjaśnił, starzec rzekł:
- Idziesz za radą kogoś, kto ci źle życzy. Powinieneś raczej wykopać wiele dołów i rowów i skryć się w takim dole, do którego nie będzie mogła spłynąć krew smoka, gdy mu wbijesz miecz w serce.
Starzec zniknął, Sigurd posłuchał jego rady, a później ukrył się w jednym z dołów.
Nadeszła wreszcie pora, gdy smok jak zwykle udawał się do rzeki napić się wody. Ziemia trzęsła się, gdy szedł pryskając wokół jadem. Sigurd nie drżał i nie lękał się straszliwego ryku potwora ani też oparów jadu. A gdy Fafnir znalazł się nad jego dołem, wbił mu pod lewą nogę miecz Gram aż po samą rękojeść. Potem cofnął się wyciągając żelazo i umknął w bok rowami.
Kiedy Fafnir poczuł, że jest śmiertelnie ranny, począł się rzucać wściekle i głową, i ogonem miażdżąc wszystko dokoła. Potem widząc, że już nadchodzi śmierć, uspokoił się i zapytał:
- Kim jesteś, bohaterze, któryś mnie ugodził? Jaki sławny wojownik ma syna tak śmiałego, że odważył się stanąć z mieczem w ręku przeciwko mnie?
Sigurd, wiedząc, że przekleństwo konającego jest bardzo niebezpieczne, odparł;
- Nie znany ludziom jest mój ród, nazywaj mnie tylko kimś szlachetnym.
Wówczas Fafnir powiedział:
- Przyczynił się do mojej śmierci Regin, mój brat, i raduję się myślą, że jest przy tobie, bo wiem, jak dobre musi mieć intencje. Teraz już wiem, że ty jesteś Sigurd Volsung i że zabiwszy mnie zwać się będziesz zabójcą Fafnira. Bierz moje złoto, ale wiedz, że przyniesie ono zgubę każdemu, kto je posiądzie, tak jak przyniosło mnie, gdyż ciąży nad nim klątwa Andvarego.
Powiedziawszy to smok Fafnir skręcił się w boleściach i legł martwy, nawet w chwili śmierci nie odzyskując ludzkiej postaci.
Wtedy Regin podszedł do Sigurda, mówiąc:
- Witaj, panie i władco! Odniosłeś wspaniałe zwycięstwo kładąc trupem Fafnira, przeciw któremu nikt nie odważył się wystąpić! Jednak był moim bratem, ja także jestem winien jego śmierci, dlatego też zrób to, o co cię poproszę, aby wymazać plamę zabójstwa: wyjmij serce smoka, upiecz je nad ogniem i daj mi do zjedzenia. Wtedy cala wina obciąży mnie, a ty nie będziesz w ogóle niczemu winien, bo po prostu zabiłeś smoka i nic więcej.
Sigurd przychylił się do prośby Regina i gdy ten odszedł na bok i położył się w wysokich wrzosach, wsadził serce smoka na drąg i zaczął je opiekać nad ogniem.
Po chwili Sigurd dotknął palcem serca smoka chcąc sprawdzić, czy już jest upieczone, i sparzył się gorącą krwią, więc szybko włożył palec do ust. Skoro tylko zlizał z palca krew smoka, natychmiast zaczai rozumieć śpiew ptaków. Posłyszał rozmowę dzięciołów na sąsiednich drzewach.
- Oto siedzi Sigurd - mówił jeden z nich - i piecze serce smoka, ale nie dla siebie. A przecież gdyby zjadł je sam, byłby najmądrzejszym człowiekiem na świecie.
- A tam leży Regin - dodał drugi - i obmyśla, jak zamordować Sigurda i zabrać dla siebie całe złoto uzbierane przez Andvarego. A trzeci zapytał:
- Dlaczego Sigurd nie zetnie głowy zdrajcy i nie zabierze złota?
- Rzeczywiście, dlaczego? - zawołał Sigurd zrywając się na równe nogi. - Niech Regin uda się w tę samą drogę, co jego brat Fafnir.
Wyciągnął swój miecz Gram i odciął Reginowi głowę. Potem zjadł na kolację serce smoka i ułożył się do snu na stosie złota Andvarego w jaskini Fafnira. Ale najpierw wsunął na palec pierścień Andvarego.
Rankiem, kiedy ładował złoto na grzbiet Granego, posłyszał że ptaki śpiewają nową pieśń.

W górze na Hindarfjall stoi zamek z tarcz,
Strzeże go ze wszech stron śmigły ognia mur.
W zamku leży Brynhild w mocy ciernia snu,
Najpiękniejsza z dziewic, jaką znal ten kraj.
Gdy ją Sigurd znajdzie - zbudzi się ze snu –
To wyrok Odina - zbudzi się ze snu.


Usłyszawszy to Sigurd skoczył na konia i pojechał ku Hindarfjall. Wkrótce zobaczył wielki ogień na górze. Jechał dalej, aż na szczycie Hindarfjallu ujrzał ścianę płomienia otaczającą zamek zbudowany z tarcz, na którego wieży powiewała flaga.
Podciął ostrogami Granego i przeskoczył płomienie bez żadnej szkody dla siebie i konia. Zsunął się z siodła i wszedł do zamku o ścianach z tarcz.
Leżała tam jak martwa postać w złocistej zbroi. Sigurd szarpnął za hełm, ale pancerz zdawał się zrośnięty z ciałem, musiał więc go poprzecinać. Pod ostrzem miecza Grama twardy metal rwał się jak płótno.
Dostrzegł wówczas Sigurd, że w zbroi tej leży nie rycerz, ale piękna złotowłosa dziewczyna, która śpi spokojnie, nie starzejąc się, nie potrzebując jedzenia ani picia.
Nachylił się i pocałował ją, a wtedy wzrok jego padł na tkwiący w jej ciele cierń. Wyciągnął go ostrożnie, a dziewczyna obudziła się z czarodziejskiego snu i spojrzała na niego.
- Ach! - szepnęła. - Jesteś z pewnością Sigurdem, zwycięzcą smoka, bo jak było to przepowiedziane, masz na głowie hełm przerażenia Fafnira. Sama widzę, że jesteś najmężniejszy i najlepszy z mężczyzn, masz złotorude włosy, szerokie ramiona, bystre oczy i potrafisz pięknie mówić.
- Pani - rzekł Sigurd - nie pomyliłaś się co do mojego imienia. Sigmund syn Volsunga był moim ojcem, a ja jestem Sigurd, zwany także zabójcą Fafnira, gdyż zabiłem smoka i zabrałem skarb Andvarego, którego strzegł.
- Ale kim ty jesteś? I czemu pogrążona byłaś w czarodziejskim śnie w tym zamku opasanym ścianą płomieni?
Wówczas ona odparła:
- Jestem Brynhild, córka potężnego króla. Byłam dziewicą Odina, jedną z Walkirii, które towarzyszą mu w łowach, a w dzień bitwy wychodzą, aby i zaprowadzić do Walhalli tych, którym on każe umrzeć. Pewnego dnia tak się zdarzyło, że walczyli ze sobą dwaj rycerze, z których jeden był stary, a drugi młody. Odin przyrzekł zwycięstwo staremu i posłał mnie, abym przyniosła śmierć młodemu. Złamałam rozkaz Odina i zabiłam starego rycerza. Za ten czyn z wyroków Odina nie mogę już być Walkirią, ale muszę wziąć sobie męża i iść drogą do śmierci jak inne kobiety. Jednak wszechojciec zlitował się nade mną i przysiągł, że zdobędzie mnie tylko najdzielniejszy z rycerzy, sam Sigurd Volsung. Wzniósł więc wokół mnie ścianę płomienia, wbił cierń snu w moje ciało i pozostawił mnie tutaj aż do dnia twojego przybycia.
Potem Brynhild wstała i przyniosła Sigurdowi czarę wina, nad którą ślubowali sobie wierność, a na znak, że ją jedną kocha, wsunął pierścień na jej palec, lecz był to pierścień Andvarego, i od tej chwili spadło na Brynhild przekleństwo.
Kiedy zaświtał poranek, Brynhild otworzyła oczy i zbudziła Sigurda, mówiąc:
- Wstań, pogromco smoka! Musisz ruszyć w świat, aby zdobyć jeszcze większą sławę i królestwo, nad którym ja będę królową. A ja będę cię czekać, bo wiem, że nikt prócz ciebie nie przeskoczy ściany płomienia, opasującej mój zamek.
Sigurd posmutniał na te słowa, ale rwał się do wielkich czynów dla Brynhild. Ucałował ją na pożegnanie, siadł na konia, przeskoczył raz jeszcze przez ogień i jechał zboczem Hindarfjallu, aż znalazł się w kraju, w którym panował Gjuki.
- Kim jesteś, rycerzu, który przejechałeś przez wrota mego zamku wioząc skarby? - zapytał król Gjuki. - Nikt nie odważy się przyjeżdżać tutaj bez zezwolenia moich walecznych synów, Gunnara i Hognego.
- Jestem Sigurd, syn Volsunga - posłyszał w odpowiedzi. - Sigurd zabójca smoka.
- A więc witaj! - zawołał król Gjuki. - Bądź moim synem i weź z naszych rąk, co tylko zechcesz.
Sigurd zatem pozostał czas jakiś z królem Gjukim i zdobył wielką sławę wojenną u boku Gunnara i Hognego. Ale córka Gjukego Gudrun pokochała go od pierwszego spojrzenia i usychała z tęsknoty za nim.
Sigurd nie zwracał na nią uwagi, choć była doprawdy piękną księżniczką, wszystkie bowiem jego myśli wypełniała Brynhild i często mówił o jej urodzie i o ich wzajemnej miłości.
Wtedy matka Gudrun, królowa Grimhild, czarownica, uwarzyła magiczny napój i zaniosła go Sigurdowi, gdy jednego wieczoru siedział we dworze. A on go wypił, myśląc, że to po prostu czara miodu, którą zgodnie ze zwyczajem przynosiły panie domu po obiedzie. Skoro tylko wypił ten napój, zły czar zaćmił jego umysł, zapomniał o Brynhild i o miłości, jaką sobie zaprzysięgli, i było tak, jakby się nigdy nie spotkali.
Czas upływał, wkrótce Sigurd pokochał Gudrun, niedługo potem się pobrali i żyli razem szczęśliwie. Zaprzysiągł też braterstwo Gunnarowi i Hognemu.
I tak minęło lat kilka, Grimhild umyśliła, że jej najstarszy syn Gunnar musi zdobyć za żonę piękną Brynhild, która nadal mieszkała na Hindarfjall w swoim zamku z tarcz opasanym pierścieniem ognia, a której sława szerzyła się wśród mężczyzn we wszystkich krajach dokoła.
Gunnar więc wyruszył do Hindarfjall, a Sigurd i Hogni pojechali razem z nim. Kiedy dotarli do ściany płomienia, Gunnar skierował na nią swego konia i mocno zaciął go biczem, ale koń cofnął się w przerażeniu.
Zapytał go Sigurd:
- Dlaczego się cofasz, Gunnarze? A Gunnar odpowiedział:
- Mój koń lęka się ognia. Ale pożycz mi Granego, twojego sławnego rumaka, a przeskoczę ogień!
- Naturalnie, z przyjemnością - przystał na to Sigurd, nie pamiętając wcale własnych odwiedzin u Brynhild.
Ale Grani prychał i cofał się, czując, że obca dłoń trzyma jego uzdę.
- Musimy wezwać czary na pomoc - rzekł Gunnar, którego matka nauczyła swoich sztuk. Wykorzystał umiejętność zmieniania się w kogo zechce, przybrał postać Sigurda, a Sigurd jego.
Wtedy Sigurd, który oczom patrzących wydawał się Gunnarem, dosiadł Granego i z łatwością przeskoczył falę płomienia i podjechał do zamku z tarcz, w którym siedziała Brynhild od pięciu lat czekająca na ukochanego.
- Kim jesteś? - zapytała, patrząc na niego z lękiem.
- Jestem Gunnar, syn Gjukego - brzmiała odpowiedź. - Przebyłem krąg ognia, który cię otacza, a więc zgodnie z twoją przysięgą musisz być moją żoną.
Tak więc, ponieważ nie można było na to nic poradzić, Brynhild uległa i przysięgła, że zostanie żoną Gunnara. Tej nocy, gdy spali w zamku z tarcz, leżał pomiędzy nimi ostry miecz Gram na znak, że małżeństwo nie zostało jeszcze zawarte. A rankiem rzekomy Gunnar wstał, zsunął pierścień z palca i włożył go na palec Brynhild, ale w zamian zdjął z jej palca pierścień Andvarego i włożył na swój palec.
Następnie dosiadł Granego i przeskoczył ponownie przez ogień. Kiedy wrócił do Gunnara, wymienili się postaciami, tak że każdy był znów sobą.
Wkrótce płomienie zgasły, Brynhild opuściła swój zamek z tarcz na Hindarfjall, a kiedy przybyli do zamku Gjukego, wyprawiono huczne wesele.
Ale gdy Sigurd miał znowu na palcu pierścień Andvarego, czary Grimhild straciły swoją moc i po pewnym czasie przypomniał sobie wszystko, co się zdarzyło.
Napełnił go smutek i gorzki żal, bo poczuł, że wciąż kocha Brynhild ponad wszystkie inne kobiety. Godność nie pozwoliła mu zdradzić się najmniejszym znakiem i Brynhild sądziła, że zupełnie zapomniał o tym, co między nimi zaszło, a czasem myślała, że jej się to śniło i że z nich dwóch Gunnar jest rzeczywiście szlachetniejszy i dzielniejszy.
Wszakże pewnego rana, kiedy i ona, i Gudrun myły włosy w rzece, powstała między nimi sprzeczka.
- Ponieważ z nas dwóch ja mam dzielniejszego męża - powiedziała Brynhild - mam prawo myć włosy bliżej źródła rzeki.
- Ależ mój mąż jest dzielniejszy od twojego - odrzekła Gudrun - i ja mogę rościć sobie prawo do lepszego miejsca w rzece, bo jestem poślubiona Sigurdowi, który zabił Fafnira i Regina i zdobył wspaniały skarb Andvarego.
- Jednak większą miało wartość i więcej wymagało odwagi to, co uczynił Gunnar - zawołała Brynhild. - On, żeby mnie zdobyć, przejechał przez płomienie, a Sigurd się bał.
- Więc ty naprawdę wierzysz, że to Gunnar przejechał przez płomienie ognia? - rzuciła pogardliwie Gudrun. - A ja myślę, że ten, kto zdobył ciebie, jakąkolwiek miał postać, był tym, kto dał mi ten pierścień, pierścień
Andvarego, który noszę na palcu - a to nie Gunnar zdobył ten pierścień f zabił smoka Fafnira na pogórzu Gnitaheid.
Wtedy Brynhild zamilkła, bo zrozumiała w końcu, że z niej zakpiono i oszukano ją, chociaż nie wiedziała dlaczego. Zaciążyła nad nią klątwa pierścienia Andvarego.
Przez cały ten wieczór milczała. Następnego zaś dnia powiedziała Gunnarowi, że jest tchórzem i kłamcą, ponieważ nie przejechał przez płomienie, chcąc ją zdobyć, ale posłał Sigurda, aby go zastąpił i udawał, że sam tego dokonał.
- Nigdy już więcej - zapowiedziała - nie będę wesołą na twoim dworze ani nie będę pić, ani grać w szachy, ani mówić ci przyjemnych słów, ani nie będę pracować nad swymi robótkami, ani nie będę ci udzielać dobrych rad. O nie, raczej myśleć będę, jak cię zabić! Bo doprowadziłeś mnie do złamania przysięgi... bo wiem dobrze, że nikt prócz Sigurda nie potrafiłby przejechać przez ścianę płomienia, strzegącego mojego zamku z tarcz. O, rozpacz napełnia me serce, że Sigurd nie może być mi mężem!
Zniszczyła swoje robótki i zanosiła się głośno płaczem, tak żeby cały dwór ją słyszał, bo serce jej pękało z bólu, że straciła Sigurda i poślubiła tchórza i kłamcę.
Wreszcie Sigurd przyszedł ją pocieszyć i błagał, żeby kochała swego męża Gunnara. Chciał jej oddać cały skarb, zebrany przez Andvarego, jeżeliby tylko było to dla niej pociechą. Ale nie chciał opuścić swojej żony Gudrun ani zabić Gunnara, któremu zaprzysiągł braterstwo. Zhańbiłby się tym czynem.
- Za późno już, za późno, ale cóż zrobię! Gaży nad nami klątwa - łkała Brynhild, a Sigurd tak rozpaczał nad stratą swej jedynej prawdziwej miłości, że pierś mu wezbrała żalem i popękały ogniwa żelaznej kolczugi.
Ale zdawał sobie oczywiście sprawę, że nie można już było nic na to poradzić, i wrócił smutny do domu. Brynhild zaś szalała ze smutku i wstydu, opowiadając zmyślone historie podjudzała Gunnara i Hognego, aby zabili Sigurda.
Opierali się jej poduszczeniom, pomni na przysięgę, ale kazali go zabić młodszemu bratu, Gutthormowi, i dali mu czarodziejski napój, a Gutthorm niemal oszalał z nienawiści i okrucieństwa.
Ale kiedy stanął na progu komnaty Sigurda, cofnął się i nie odważył się nic zrobić. Wszedł po raz drugi, ale Sigurd spojrzał na niego tak jasnymi i bystrymi oczami, że Gutthorm spuścił wzrok. Gdy wszedł po raz trzeci, Sigurd spał. Wówczas Gutthorm przebił mieczem jego ciało i łóżko, na którym i spoczywał, a sam odwrócił się i zaczął uciekać.
Ale Sigurd chwycił swój miecz Gram i rzucił go za Gutthormem z taką silą, że ostrze miecza przecięło go w pasie na dwoje, i taki był jego koniec. Jednak dokonawszy tego ostatniego wielkiego czynu Sigurd, pogromca smoka, padł na wznak martwy.
Ciało wojownika złożono na wysokim stosie wzniesionym na pokładzie jego wielkiego okrętu wojennego, a stos podpalono i okręt zepchnięto na morze. Ale nim odbił od brzegu, Brynhild chwyciła miecz Gram i przebiła sobie serce. Osunęła się na pokład obok Sigurda, między nimi leżał miecz, ogień ogarnął ich oboje, a okręt odpłynął w dal.
Gunnar i Hogni podzielili między sobą skarb Andvarego i wydali swoją siostrę Gudrun za mąż za króla Atlego. Kiedy Gudrun wsunęła pierścień Andvarego na palec Atlego, klątwa spadła na niego i niczego nie pragnął tak gorąco, jak tego złota. Gotów był popełnić najgorsze czyny, aby tylko je zdobyć.
Zaprosił więc Gunnara i Hognego w gościnę, a ci przyjechali z niewielką drużyną. Nim jednak wyruszyli w drogę, ukryli skarb Andvarego głęboko pod wodami rzeki Renu i tylko oni dwaj znali to miejsce.
Kiedy przybyli na dwór Atlego, zły król ich pochwycił, wymordował ich drużynę, a im samym zagroził torturami, jeśli nie zechcą mu powiedzieć, gdzie jest schowany skarb.
Przyszedł najpierw do Gunnara, którego trzymał w zaniknięciu osobno, próbował go zmusić do wyjawienia, gdzie znajduje się skarb. Ale Gunnar powiedział:
- Hogni i ja złożyliśmy przysięgę, że nie wydamy miejsca, gdzie ukryliśmy skarb. Ja nie mogę złamać przysięgi, póki żyje Hogni. Ale przynieś mi odciętą głowę Hognego, abym miał pewność, że nie żyje, a wtedy ci powiem.
Atli natychmiast kazał ściąć głowę Hognemu; gdy Gunnar zobaczył odciętą głowę brata, roześmiał się tryumfalnie.
- Teraz nigdy już nie znajdziesz skarbu Andvarego! Tylko my dwaj znaliśmy miejsce jego ukrycia, a mój brat był słabszy ode mnie i mógł je zdradzić. Teraz jego usta są zamknięte na zawsze, a ze mnie żadne tortury nie wycisną słowa.
Atli z rozczarowania i wściekłości rzucił Gunnara związanego do dołu pełnego węży. Ale Gudrun posłała bratu lirę, a on palcami nóg grał na niej tak cudnie, że nikt nigdy nie słyszał piękniejszej muzyki.
Wszystkie węże usnęły, z wyjątkiem jednego, który nie był prawdziwym wężem, ale wiedźmą pod postacią węża. Wbiła ona swe zęby w pierś Gunnara i zatruła go swym jadem.
Wówczas Gudrun, jak nakazywał obowiązek, zaczęła szukać pomsty na Atlim za śmierć braci. Sprowadziła na niego w końcu śmierć, podkładając ogień pod jego zamek, tak że wszyscy się spalili.
Potem jednak nie chciała już dłużej żyć i rzuciła się w morze. I w ten sposób pierścień Andvarego, który miała na palcu, wrócił na głębiny i nadszedł kres klątwy Andvarego.
Brynhild, dawna Walkiria, pojechała w swoim rydwanie czarną drogą do Niflheimu, gdzie Hel panowała nad zmarłymi, Sigurda zaś powitał w Walhalli sam Odin. Oboje bowiem mieli wypełnić ważne zadania w Ragnarok, w dniu ostatniej wielkiej bitwy.


----------------------------------

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: sobota, 3.03.2007, 19:58 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
--------------------------------------

ROGER LANCELYN GREEN "MITY SKANDYNAWSKIE "

(Tłumaczyła: Aldona Szpakowska)
"Jest to wielka opowieść północy,
która dla całej rasy powinna być tym,
czym opowieść o Troi była dla Greków"

William Moris


KOCIOŁ AGIRA

Kiedy między Asgardem a Jotunheimem panował pokój, Asowie wydawali wiele wspaniałych uczt w swoich zamkach. Gościli u nich nawet olbrzymi, ci, co zostali ich przyjaciółmi j uznali Odina za wszechojca dziewięciu światów.
Najpierwszym spośród nich był Agir, olbrzym oceanu. Włada! morzami i miał za żonę bezlitosną Ran, tę samą, która sprowadzała zgubę na żeglarzy łowiąc ich w swą sieć i pożyczyła tę sieć Lokemu, kiedy chciał złapać karla Andvarego, co stało się przyczyną nieszczęść rodu Volsungów, ulubieńców Odina.
Ponury stary Agir o białej brodzie i zielonych włosach, o długich chwytliwych palcach przypominających szpony, dziwnie odbijał swym wyglądem od szlachetnych Asów i ich pięknych żon. Ale na ucztach w jego zamku, znajdującym się na wyspie na Kattegacie - na którym potopionych żeglarzy witano równie serdecznie jak poległych wojowników w Walhalli - miód lał się tak samo obficie jak w Asgardzie. A dziewięć jego pięknych cór-fal, o śnieżnobiałych ramionach i piersiach, o ciemnoniebieskich oczach, biegało w zwiewnych zielonych szatach ze swą matką, Ran, roznosząc złote puchary tak samo, jak córki Frigg na ucztach w Asgardzie.
Agir jednakże nigdy nie gościł Asów w swoim zamku. Pewnego dnia wreszcie, kiedy jedna z uczt w Asgardzie dobiegała końca, Thor o grzmiącym głosie, gdy nadmiar trunków rozwiązał mu język, począł naigrawać się z gościa.
- Agirze! - zawołał. - Winieneś nam wiele uczt na swoim zamku! Kiedyż zaczniesz odpłacać gościnnością za gościnność, z jaką cię przyjmujemy?
Tępy, stary olbrzym obraził się za te drwinki, od razu znalazł wymówkę i zemstę.
- Nie ośmieliłem się dotąd zaprosić szlachetnych Asów do mojej ubogiej siedziby - oświadczył - gdyż lękałem się, że nie będę mógł godnie ich przyjąć. Wprawdzie jedzenia by nie zbrakło, jest go więcej, niż dla was potrzeba, ale niestety nie mam kotła dość wielkiego, żeby uwarzyć piwa czy miodu jednocześnie dla wszystkich Asów... bo wiem przecie, jak bardzo lubisz pić, wielki Thorze. Ale już teraz zapraszam was wszystkich, abyście po żniwach przyszli na moją wyspę Hlesey ucztować, jeżeli tylko uda wam
się zdobyć odpowiednio duży kocioł... Obawiam się jednak, że można by go znaleźć tylko wśród olbrzymów w Jotunheimie.
- Wiem, gdzie jest taki kocioł - mówił z wolna Tyr, jednoręki bóg wojny. - Ojciec mojej matki, olbrzym Hymir, ma bardzo wiele kotłów w swoim zamku, który znajduje się daleko na wschód od rzeki Elivagar. Jeden z nich jest na milę głęboki, a taką ma szerokość, że stojąc z jednej' strony nie widzi się przeciwnej.
- Zdobędę ten kocioł, jeżeli da się to zrobić siłą lub podstępem! - zawołał Thor.
- A ja pójdę z tobą - zgłosił się Tyr - bo beze mnie olbrzym Hymir nie przyjąłby cię miło.
Zatem dwóch Asów wyruszyło w drogę wozem Thora zaprzęgniętym w dwa kozły. Grzmot ryczał i błyskawice sypały się spod kół, gdy pędzili po niebie w potężnej chmurze burzowej, aż znaleźli się poza zatoką śniegu z deszczem na krańcach niebios, na ponurej krawędzi Jotunheimu, w pobliżu siedziby Hymira.
W ostatnim domu w Midgardzie zostawili wóz i dalej szli pieszo przez nagie skały, wspinali się po zboczach mrocznych wąwozów, aż stanęli przed ogromnym kamiennym dworzyszczem Hymira, niedaleko lodowatych wód oceanu.
We drzwiach spotkała ich żona Hymira, straszliwa olbrzymka o dziewięciuset głowach. Chciała schwytać obu Asów i Thor zaczął wymachiwać Mjollnirem, golów nim uderzyć, kiedy ukazała się druga olbrzymka, ładna i miła, o włosach lśniących jak złoto.
- Stój! - zawołała. - To mój syn, Tyr, którego zrodziłam wszechojcu Odinowi w zaraniu czasów.
Posłyszawszy to, stara olbrzymka utyskując zawróciła w mroki zamku, a matka Tyra posadziła dwóch Asów przy ogniu.
- Muszę was ukryć, zanim wróci Hymir - ostrzegała. - Jest dziki i nieuprzejmy dla gości. Nim ochłonie z gniewu, będziecie bezpieczni pod tym kotłem, tutaj. Z pewnością złość jego prędko minie, skoro się dowie, że jednym z gości jest jego wnuk, Tyr.
Wkrótce dobiegło ich z oddali powolne i ciężkie stąpanie, więc Thor i Tyr wśliznęli się pod jeden z kotłów, stojący za kamiennym słupem koło schodów.
Kiedy Hymir wchodził wielkimi krokami do domu, lodowe sople na jego brodzie podzwaniały uderzając o siebie.
- Witaj, ojcze Hymirze! - zawołała matka Tyra. - Proszę, nie gniewaj się, ale mamy gości, którzy przebyli długą drogę, żeby nas odwiedzić i pożyczyć twój wielki kocioł do warzenia piwa. Jednym z nich jest mój syn, Tyr, którego dawno pragnąłeś widzieć, a wraz z nim, w spokoju ł przyjaźni, przyszedł jego brat przyrodni, przyjaciel ludzki, który się nazywa Thor.
- Thor zabójca olbrzymów! - ryknął Hymir i zajrzał w ciemny kąt, gdzie kryli się dwaj A sowie.
Rzucił tam tak ostre spojrzenie, że słup kamienny rozpękł się na dwoje, a znajdująca się pod nim belka spadła na ziemię i złamała się. Z półki nad nią stoczyło się osiem ogromnych kotłów, siedem z nich potłukło się w kawałki, a tylko jeden używany do warzenia piwa pozostał cały.
Blask ognia oświetlił obu Asów, Hymir nieprzychylnym wzrokiem spoglądał na Thora, przez którego owdowiało tyle olbrzymek, a który teraz zjawił się w jego zamku. Ale minął już pierwszy poryw jego złości i olbrzym uznał, że mądrze postąpi, przyjaźnie witając Asów.
Wybrał więc trzy woły, zabił je i piekl w ogniu, częstując tymczasem gości słodkim miodem i dobrym, w domu warzonym piwem.
Zdziwił się jednak, gdy Thor zjadł sam dwa woły, a tylko jednego pozostawił dla reszty biesiadników.
- Musimy przygotować na jutro obfitszą ucztę - mruknął. - Inaczej wszyscy z wyjątkiem Thora będziemy głodni.
Nazajutrz wcześnie rano Hymir wstał i poszedł na brzeg morza, ciągnąc za sobą łódź. Miał zamiar złapać na śniadanie parę wielorybów obawiając się, że Asowie mogliby zjeść jeszcze więcej wołów.
Na brzegu morza przyłączył się do niego Thor.
- Pozwól mi wiosłować i płynąć z tobą - prosił. - Chciałbym zobaczyć, czy potrafię łowić potwory morskie.
- Nie sądzę, żebyś mógł mi się przydać w czasie połowu - zauważył pogardliwie Hymir. - Twoja drobna postać przemawia przeciw tobie, a z pewnością zziębniesz, jeżeli będziemy na morzu tak długo, jak to mam we zwyczaju.
- Rzeczywiście! - wrzasnął Thor. rozwścieczony zniewagą, - A ja myślę, że to raczej ty pierwszy poprosisz, żeby wracać.
- No cóż, płyń, jeżeli musisz - warknął Hymir. - Ale sam znajdź sobie przynętę.
- Nie sprawi mi to trudności - zawołał Thor i przeskoczywszy mur opasujący pastwisko schwytał największego i najdzikszego wołu, wielkie czarne zwierzę, zwane ryczącym pod niebiosa, i jednym ruchem dłoni ukręcił mu łeb.
Olbrzym zmarszczył się na ten widok i mruknął coś do siebie powątpiewająco, gdyż przeraziła go siła Thora, choć nie chciał się do tego przyznać nawet przed sobą.
Wsiedli więc do łodzi, Hymir odepchnął ją od brzegu, a Thor siadł przy rufie, chwycił parę wioseł i wiosłował tak silnie, że olbrzym coraz bardziej się niepokoił.
Dotarli wkrótce do miejsca obfitującego w ryby, gdzie Hymir miał zwyczaj rzucać kotwicę i łowić płaszczki.
- Zatrzymamy się tutaj - powiedział - bo najlepiej łowi się ryby w tej odległości od brzegu.
- Nie - odpowiedział Thor, pracując wiosłami tak energicznie, że wygięły się jak witki. - Tutaj znajdziemy tylko nędzne małe rybki. Na głębokim morzu złowimy potwora.
Hymir czuł się coraz bardziej nieswojo, aż w końcu zawołał:
- Teraz już naprawdę musimy zawrócić, bo jesteśmy nad głębiami oceanu, gdzie przebywa wąż Midgardu.
Kiedy Thor to usłyszał, uśmiechnął się posępnie i wciągnął wiosła do lodzi. Przygotował bardzo mocną linę i potężny hak, przyczepił na nim głowę wołu i opuścił ją na dno morza.
Tymczasem Hymir ciągnął na linach jednocześnie dwa wieloryby, które potem rzucił na łódź przed siebie.
- To już wystarczy! - zawołał. - A teraz wiosłujemy do brzegu, zanim nas tu spotka jakie straszne nieszczęście.
Nie dokończył jeszcze tych słów, gdy wąż Midgardu kłapnął zębami rzucając się na głowę wołu i wbił sobie hak w szczęki. Kiedy zrozumiał, że go schwytano, począł się szarpać z taką siłą, że pięści Thora, trzymającego liny, uderzały o boki łodzi.
-- Rycząc z gniewu Thor pochylił się do tyłu, by nie dać się pociągnąć wężowi, i tak bardzo się naprężył, aż stopy jego przebiły deski pokładu. Ale
pewnie, choć jednak wolno ciągnął swą potężną zdobycz. Cale morze wznosiło się i opadało z bulgotem, a dokoła liny wytworzył się wielki wir i wodny.
Kiedy łeb Jormunganda wynurzył się na powierzchnię, Hymir począł krzyczeć ze strachu; bo tym, którzy choć raz widzieli węża Midgardu, nic już na świecie nie wyda się przerażające ani wstrętne.
Gdy Thor ciągnął potwora do łodzi i gotował się, aby uderzyć go młotem, cala ziemia drżała, a straszliwe wycie Jormunganda odbijało się echem po zimnych wodach i niosło aż ku lodowatym obszarom północy.
Hymir zbladł, potem zżółkł i kolana mu dygotały. W momencie kiedy Thor zamachnął się Mjollnirem, aby zadać cios, Hymir pochylił się i przeciął linę nożem do ryb; wąż Midgardu opadł aż na dno morza.
Z rykiem wściekłości Thor rzucił młotem za Jormungandem, a potem uderzył Hymira pięścią w głowę, aż olbrzym runął w morze.
Mjollnir powrócił do ręki Thora posiniaczywszy tylko łeb Jormunganda, a Hymir wgramolił się spiesznie na łódź. Siedział posępny, nie mówiąc słowa, a Thor wiosłował ku brzegowi.
Kiedy dopłynęli do lądu, Hymir wydostał się z łodzi i powiedział z goryczą do towarzysza:
- Proszę cię, żebyś przynajmniej podzielił się ze mną pracą. Albo zanieś wieloryby do domu, albo wyciągnij łódkę na brzeg.
- Chętnie - odpowiedział Thor, bo minęła mu już wściekłość. Położył sobie na głowę łódź, w której były wiosła i wieloryby, i wielkimi krokami piął się stromą ścieżką ku domowi olbrzyma.
Zasiedli do śniadania i wieloryby szybko zniknęły - głównie w przepastnym gardle Thora.
Uparty olbrzym nie chciał jednak przyznać, że Thor jest mocniejszy od niego, i postanowił wystawić go na jeszcze jedną próbę.
- Oczywiście, umiesz tęgo wiosłować - rzekł. - Dobrze też łowisz ryby, a łódź dźwigasz bez trudności. Ale to nie wystarcza, żeby cię nazwać mocnym, bo na pewno, przy całej twojej sile, nie zdołasz rozbić tego pucharu. Trzeba być olbrzymem, żeby to zrobić, choć to fraszka.
Thor wziął puchar Hymira i przyjrzał mu się dokładnie. Następnie rzucił nim o kamienny siup tak mocno, że puchar przebił słup i uderzył w ścianę.
Hymir podniósł puchar i oddal go Thorowi, n ten zobaczył, że nie ma na nim nawet najmniejszego spłaszczenia.
Parokrotnie podejmował nowe próby, rzucając pucharem z taką silą, że przebijał słupy i mury. Ale kiedy go podnosił widział, że jest cały i nietknięty.
Kiedy szedł go podnieść po raz ostatni, przesunęła się koło niego piękna olbrzymka, matka Tyra, szepcąc spiesznie:
- Rzuć nim w głowę Hymira! Jest twardsza od każdego pucharu.
Thor posłuchał jej i zamachnąwszy się cisnął pucharem z całej siły w głowę Hymira.
Puchar upadł na podłogę rozbity w kawałki, a na głowie Hymira nie było żadnego śladu. Stary olbrzym zaczął gorzko lamentować nad utratą ulubionego przedmiotu.
- Tyle dobrych rzeczy tracę! - wzdychał. - Nigdy już nie będę popijał miodu z tego pucharu, który leży rozbity u moich stóp... No cóż, Thorze, zgubo olbrzymów, i mój wnuku, Tyrze, pokonaliście mnie. Tutaj stoi mój wielki kocioł do warzenia piwa. Jeżeli nie jest dla was za ciężki, możecie go zabrać ze sobą.
Tyr natychmiast wysunął się naprzód i chwycił naczynie, ale choć natężał wszystkie siły, nie mógł go poruszyć.
Wtedy Thor ujął kocioł za brzegi i tak silnie nim szarpnął, że aż przebił stopami podłogę. Zarzucił go na głowę jak hełm i odszedł z tryumfem, a łańcuchy i haki kociołka pobrzękiwały u jego stóp.


Thor i Tyr szli drogą w kierunku rzeki Elivagar. Wtem posłyszeli jakiś zgiełk za sobą, więc obrócili się i zobaczyli, że goni ich tłum wielogłowych olbrzymów, wymachując pałkami i krzycząc, że złodziejscy Asowie, którzy przyszli do Jotunheirnu, dostaną od nich nauczkę.
Thor postawił na ziemi kocioł, zamachnął się młotem Mjollnirem nad głową i rzucił nim w najbliżej stojącego olbrzyma, który padł z roztrzaskaną na kawałki kamienną czaszką. Skoro tylko Mjollnir powrócił do ręki Thora, ten rzucił nim ponownie i powtarzał tę czynność, aż wielu olbrzymów legło martwych, a reszta zawróciła i uciekła w zasnute mgłą góry Jotunheimu.
Wtedy Thor znowu zarzucił kocioł na głowę i ruszył naprzód pełen dumy, chełpiąc się wszystkim, czego kiedykolwiek dokonał wśród olbrzymów.
Kiedy przybył nad rzekę Elivagar, prom był na drugiej stronie. Siedział w nim stary, jednooki przewoźnik z siwą brodą w szerokoskrzydłym kapeluszu, otulony w ciemnoniebieski płaszcz.
- Hej tam, staruszku za rzeką! - zawołał Thor. - Kim jesteś i dlaczego nie sprowadziłeś na tę stronę promu dla mnie?
- Co to za gbur nad gburami woła mnie przez rzekę? - spytał starzec. - Powiedz mi, jak się nazywasz, albo pożegnaj się z nadzieją znalezienia się na drugim brzegu. Olbrzym Hildolf, właściciel tej łódki, zakazał mi przewożenia przez rzekę kłusowników i złodziei, a pozwolił przewozić tylko ludzi porządnych i zacnych.
- Jestem najsilniejszy z Asów - odparł Thor. - Odin jest moim ojcem. Na imię mam Thor - powinieneś więc drżeć przede mną.
- Ja zaś - rzekł stary człowiek - nazywam się Siwobrody. Musisz być przestępcą, skoro podajesz się za męża Sif! Ale jeśli nawet jesteś naprawdę Thorem, wiedz, że od śmierci Hrungnira nie spotkałeś się z takim gwałtownikiem jak ja!
- Ja zabiłem Hrungnira, olbrzyma o kamiennej czaszce! A kiedy toczyłem tę wielką bitwę, coś ty robił, że tak się przechwalasz?
- Walczyłem przez pięć długich zim na Zielonej Wyspie - odpowiedział Siwobrody - i zdobyłem tam miłość siedmiu sióstr olbrzymek. Czy Thor dokonał kiedykolwiek czegoś podobnego?
- Ja zabiłem Thjazego - brzmiała odpowiedź - i rzuciłem jego oczy na niebiosa, gdzie teraz płoną jako gwiazdy. Cóż na to powiesz?
- Hlebard był najsilniejszym z olbrzymów, a ja podstępem pozbawiłem go rozumu i zabrałem jego czarodziejską różdżkę. A coś ty wtedy robił, Thorze?
- Byłem na wschodzie Jotunheimu i powaliłem niecne oblubienice olbrzymów, kiedy szły w góry. Gdybym ich nie pozabijał, świat by się roił od olbrzymów i w Midgardzie nie byłoby miejsca dla ludzi. A coś ty robił, Siwobrody?
- Byłem w Vallandzie, walczyłem za rodzaj ludzki, pobudzałem bohaterów, aby wojowali z nikczemnikami. Ty zaś, Thorze. kryłeś się w rękawiczce Skrymira. drżąc ze strachu, żeby cię olbrzym nie posłyszał!
- Siwobrody, jesteś tchórzem i łotrem, wymierzyłbym ci śmiertelny cios, gdyby mój miot mógł przelecieć na drugą stronę rzeki!
- A dlaczego miałbyś mnie zabić? - spytał starzec. - Mówię prawdę. Czy zrobiłeś jeszcze coś, czym możesz się chwalić?
- Pewnego razu byłem w Jotunheimie, broniąc przeprawy przez tę rzekę, kiedy napadli na mnie olbrzym Svarang i jego straszliwi synowie. Rzucali we mnie wierzchołkami gór, a jednak ich pokonałem i na próżno prosili o litość. A co ty wtedy robiłeś, Siwobrody?
- Byłem także w Jotunheimie, zalecałem się do olbrzymki. Jej syn będzie wielce pomocny Asom w dniu Ragnaroku.
- Ja zabijałem dzikie kobiety na wyspie Hlesey...
- Zabijanie kobiet to zabawa tchórza! - szydził Siwobrody.
- To były czarownice, zamieniały się w wilkołaki! - krzyknął Thor. - Potrzaskały mój okręt żelazną maczugą, groziły, że mnie pobiją, a mojego służącego, Thjalfego, ugniatały, jak gdyby był ciastem. Ale przejdź przez rzekę, a uderzenia Mjollnira pokażą ci, czy Thor jest waleczny!
- Nigdy bym nie uwierzył - odpowiedział Siwobrody - że wielkiego Thora może powstrzymać w drodze do domu zwykły przewoźnik promu.
- Nie odzywam się więcej do ciebie! - ryczał Thor. - Z ust twoich padają tylko złe, kłamliwe słowa. Bądź pewien, że zapłacisz mi za nie, jak się jeszcze kiedy spotkamy!
- Zabieraj więc ten prom - odpowiedział Siwobrody i popchnął go na przeciwległy brzeg - i płyń tam, gdzie cię porwą trolle.
Prom szybko mknął po wodzie, chociaż nikt w nim nie siedział, i zatrzymał się w pobliżu miejsca, gdzie czekali Thor i Tyr. A kiedy wsiedli nań i przepłynęli przez rzekę, na brzegu nie było śladu po przewoźniku Siwobrodym.
Udali się więc w dalszą drogę, aż znaleźli się w miejscu, gdzie czekał na nich zaprzężony w kozły wóz, którym szybko odjechali do Asgardu. Tam Thor wręczył kocioł Agirowi, który teraz nie mógł się już dłużej wykręcać i musiał zaprosić Asów na ucztę.
Przybyli do jego domu na święto plonów i przyznali, że nawet w Walhalli wino i miód nie płyną obficiej i że nigdzie w Asgardzie nie ma lepszego jedzenia i nie podają go dziewczyny piękniejsze niż urocze córki Agira, dziewczęta fal.
Ale Thor siedział wciąż chmurny i markotny, ponieważ nikt nie mógł mu doradzić, gdzie ma szukać przewoźnika imieniem Siwobrody.
- Odinie, mój ojcze - zapytał - czy nie siedziałeś na swoim powietrznym tronie, kiedy usiłowałem przepłynąć przez rzekę Elivagar? Czy nie widziałeś przewoźnika? Co robiłeś w tym czasie?
- Toczyłem słowną potyczkę z moim chełpliwym synem Thorem - odpowiedział Odin, przemawiając nagle głosem Siwobrodego. - Jestem gotów zapłacić za nią, jeżeli Thor pojął naukę.
Słysząc te słowa Thor zaśmiał się tak, że grzmot potoczył się po Midgardzie, a letnie błyskawice rozbłysły nad szerokim Sundem i pięknym krajem Danii, nie czyniąc nikomu krzywdy.
I tego wieczoru, na wielkiej uczcie na dworze Agira, nikt nie był od Thora weselszy.

-------------------------------------------------

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: sobota, 3.03.2007, 20:00 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
--------------------------------------

ROGER LANCELYN GREEN "MITY SKANDYNAWSKIE "

(Tłumaczyła: Aldona Szpakowska)
"Jest to wielka opowieść północy,
która dla całej rasy powinna być tym,
czym opowieść o Troi była dla Greków"

William Moris



ŚMIERĆ BALDRA

W szczęśliwych czasach, kiedy olbrzymi nie toczyli otwarcie wojny przeciw Asom, a w Midgardzie żyli przede wszystkim odważni i szlachetni wojownicy, Asgard był siedzibą życzliwości i wesela. A ze wszystkich pałaców w tym kraju szczęścia żaden nie błyszczał promiennie i w żadnym nie
brzmiały głośniejsze śmiechy i słodsze pieśni niż w Breidabliku na jasnym polu Idy, gdzie mieszkał piękny Baldr, najszlachetniejszy i najłagodniejszy ze wszystkich Asów, ukochany syn Odina i Frigg.
Hod, bliźniaczy brat Baldra, nie przypominał go wcale, urodził się bowiem ślepy. Spokojny i smutny przesiadywał samotnie w swej wieczystej ciemności, pogrążony w myślach. Był jednak delikatny i dobry i obaj z Baldrem serdecznie się kochali.
Często przechadzali się razem pod pięknymi drzewami na polu Idy, jeden złotowłosy, o błyszczących oczach i rozjaśnionej szczęściem twarzy, a za nim niczym mroczny cień ten drugi o włosach ciemnych, twarzy pociągłej i bladej.
Pałac Baldra pokryty dachem ze srebra, wspartym na słupach z szarego złota, był tak czysty i święty, że nic pospolitego ani brudnego nie miało doń dostępu. Baldr mieszkał tutaj ze swoją do kwiatu podobną żoną, słodka i delikatną Nanną; a we wszystkich dziewięciu światach nie było piękniejszej miłości niż uczucie Nanny i Baldra.
Czas przemijał nawet w pełnej szczęścia Idzie, gdzie Bragi śpiewał słodkie pieśni, Idun biegała wśród Asów niosąc błyszczące jabłka, a Baldr rozsiewał światło i szczęście, gdziekolwiek się znalazł.
W Midgardzie także błogosławiono jasnego Baldra, nauczył on bowiem ludzi używania ziół do gojenia ran i leczenia chorób. Kwiat rumianku nazywano Twarzą Baldra z powodu jego jasności i mocy leczniczej. Baldr rozumiał tajemnicze pisma runiczne, wyryte na złotych słupach jego pałacu, i umiał przepowiadać przyszłość ludziom w Midgardzie.
Ale nie mógł znać swojej przyszłości ani przyszłości nikogo z Asów. Pierwszy' cień nadchodzących smutków wkradł się na złote pola Idy, kiedy Baldr przestał się uśmiechać, chodził poważny i zamyślony, jak gdyby jego mroczny brat Hod stanął pomiędzy nim a słońcem.
Wówczas Odin i Frigg zwołali Asów na naradę i prosili Baldra, żeby im
wyjawił przyczynę swej melancholii i powiedział, dlaczego światło i radość znikły z jego twarzy.
Baldr odpowiedział:
- Naszedł mnie dziwny jakiś smutek. Dotychczas zawsze sypiałem długo i słodko i moje sny pełne były radości i szczęścia. Ale ostatnio to się zmieniło, sny mam mroczne i straszne. Coś niedobrego mnie czeka, czyha śmierć, której nie sposób przewidzieć. Widzę niebezpieczeństwo i rękę zabójcy i uciekam przed nią daremnie długimi korytarzami snu, ale kiedy się zbudzę, nie mogę sobie przypomnieć, co mi zagrażało, i twarz zabójcy skryta jest przed moim wzrokiem. Ale pozostaje przerażenie i świadomość wiszącej nade mną zagłady, nieuchronnego losu, który zbliża się dzień po dniu, spowity zasłoną i straszny. Zagraża mi w ciemności, a skrywa się przed rozbudzonym umysłem.
Asów zmartwiły bardzo te słowa. Posmutniał mądry Odin, który pił ze źródła Mimira i rozmawiał z samymi Nornami. Wiedział, że Baldr musi pewnego dnia umrzeć i że jego śmierć to zapowiedź zbliżającego się dnia Ragnaroku, ale przypuszczał, że wyznaczony najdroższemu synowi kres jest wciąż bardzo daleki.
Toteż gdy Asowie naradzali się jeszcze w Gladsheimie, pałacu narad w Asgardzie, Odin wstał, osiodłał Sleipnira, swego ośmionogiego rumaka, i odjechał w daleką drogę do Niflheimu.
Przez dziewięć długich dni i nocy mknął na rączym Sleipnirze przez ciemne ścieżki i pełne ech pieczary, aż przybył wreszcie nad czarną rzekę Gjoll, granicę królestwa Hel, dokąd schodzą duchy tych zmarłych, którzy nie zginęli w bitwie.
Nad tą ciemną rzeką wznosił się most Gjoll o kryształowych sklepieniach i wyłożony chodnikami z lśniącego złota.
Widząc jego ośmionogiego rumaka, Modgud, dziewica szkielet, stojąca tu na straży, pozwoliła mu przejechać, ale zapytała:
- Któż to z żyjących jedzie drogą śmierci na rumaku Odina? A Odin odparł głosem starca:
- Nazywam się Vegtam wędrowiec i przybywam tutaj z rozkazu Asów, mieszkających w Asgardzie.
- Możesz jechać, Vegtamie wędrowcze - zezwoliła Modgud i Odin jechał przez żelazny bór, gdzie drzewa są cale czarne, ho mają liście z ostrego żelaza, aż dotarł do bram Helheimu, gdzie Garm o krwawej piersi, wielki pies piekieł, ujada zaciekle, aby powstrzymać te duchy, które chcą uciec stamtąd i wrócić na świat żywych.
Ale Odin nie próbował dostać się do królestwa Hel. Skierował się w stronę długiego szarego kopca, w którym leżała pogrzebana mądra Volva. Stanąwszy przy nim, począł wypowiadać potężne zaklęcia, które przywołują zmarłych. Powoli rozwarła się ziemia i z jej czeluści wysunęła się postać prorokini, w śmiertelnych szatach, z zielonkawą upiorną twarzą.
Zmarła Volva przemówiła zimnym, monotonnym głosem; nie drgnęły nawet jej szczęki, nie wygięły się cienkie wargi.
- Jakiż to nieznany śmiertelnik dręczy mnie przywołując z powrotem na świat? - zapytała. - Spoczywałam pogrzebana pod śniegiem. Spłukiwał mnie deszcz, przenikała rosa. Od dawna już leżę umarła.
Wtedy Odin odparł:
- Nazywam się Vegtam, mądry wędrowiec. Wyjaw mi nowiny Helheimu, a ja ci opowiem o Midgardzie, jeżeli zechcesz słuchać. Powiedz mi, dla kogo to Hel wyścieliła ławy i ozdobiła swój dwór malowanymi tarczami?
- To na Baldra czeka miód na dworze Hel - rzekła zmarła Volva - i dla niego ściany ozdobiono tarczami. A jednak Asowie wciąż radują się: w Asgardzie i na równinie Idy. Powiedziałam to wszystko wbrew mojej woli. Nie powiem już nic więcej.
- Przemów znowu, mądra Volvo - rozkazał Odin - bo muszę wiedzieć wszystko. Powiedz mi, kto zada śmierć Baldrowi? Kto odbierze życie najukochańszemu synowi Odina?
- W rękach Hoda gałąź losu - odparła Volva. - On sprowadzi śmierć na Baldra, odbierze życie najukochańszemu synowi Odina. Mówiłam wbrew mojej woli. Nie powiem już więcej.
- Przemów znowu mądra Volvo - rozkazał Odin - bo muszę wiedzieć coś jeszcze. Powiedz mi, kto wywrze pomstę na Hodzie, jak każą Norny? Kto złoży zabójcę na pogrzebowym stosie?
- Na zamku zachodu zrodzi się syn Odinowi - odparła VoIva - Vali będzie jego imię. On wywrze pomstę na zabójcy Baldra. Nie umyje rąk, nie poczesze włosów, dopóki nie złoży Hoda na pogrzebowym stosie. Nim jedną noc przeżyje, pomści najukochańszego syna Odina.. Mówiłam wbrew mojej woli. Już naprawdę nie powiem nic więcej.
- Przemów raz jeszcze, mądra Volvo - zawołał z rozpaczą Odin. - Kto nie uroni ani jednej łzy, kiedy wszyscy będą opłakiwać Baldra?
- Teraz już wiem, że nie jesteś Vegtamem mądrym wędrowcem - szepnęła Volva. - Jesteś Odinem, bo nikt inny nie zadałby tego pytania. Jedź teraz do domu i próbuj ocalić Baldra od wyroków losu. Mnie nie ujrzy już żaden człowiek, dopóki Loki nie zerwie łańcuchów i pogromcy Asów nie przyjdą w dniu Ragnaroku.
Volva osunęła się wolno w mogiłę i ziemia się nad nią zawarła.
Odin skoczył na Sleipnira i smutny odjechał do Asgardu. Rozmyślał, jak odwlec godzinę losu, jak odmienić wysnute przez Norny przędziwo i przedłużyć życie Baldra... Rozmyślał, czy to możliwe, aby Hod zabił brata, którego kocha bardziej niż kogokolwiek innego żyjącego na dziewięciu światach... Rozmyślał, jak mógłby wysłać Hoda z Asgardu albo trzymać Baldra z daleka od niebezpiecznego towarzysza.
A kiedy przyjechał do swojej niebiańskiej siedziby, ujrzał swą żonę, Frigg, siedzącą w Fensalir, jej pałacu w chmurach, z oczyma jaśniejącymi szczęściem.
- Baldr jest bezpieczny! - zawołała. - Związałam przysięgą wszystko, co rośnie na ziemi. A także wszystko, co w niej i na niej się znajduje: kamienie, metale i nawet samą glebę. I wszystko, co żyje na ziemi, od Asów, olbrzymów i trolli począwszy aż do zwierząt i węży. A także ptaki latające w powietrzu i wszystkie istoty w morzu, a nawet same fale. Tak, nawet trucizny i choroby, mogące zabić człowieka, przysięgły nie skrzywdzić Baldra. Nasz ukochany syn jest więc bezpieczny.
Uspokoiło to Odina. Wiedział wprawdzie, że wyroki losu muszą się spełnić, nie można bowiem odmienić przeznaczenia, ale sądził, że wiele czasu upłynie, nim Norny znajdą sposób odebrania życia Baldrowi.
Tymczasem Asowie odkryli, że żaden oręż nie może zranić Baldra, powstała więc nowa zabawa w słodkich gajach Idy. Na przykład wyskakiwał naprzód Tyr i wyciągnąwszy swą silną rękę machał mieczem, jak gdyby chciał przeciąć Baldra na dwoje. Ale ostry miecz wyginał się i cofał, a Baldr pozostawał nietknięty. Albo Thor z krzykiem rzucał Mjollnirem, lecz młot, który zabił tylu olbrzymów i roztrzaskał kamienną głowę Hrungnira, wracał do ręki właściciela nie uderzywszy Baldra. Albo Ull, niezrównany strzelec, wypuszczał strzałę za strzałą, a one odbijały się jak gdyby o jakąś niewidzialną zbroję i zlatywały na ziemią nie raniąc go. Wśród otaczających Baldra Asów był Loki. Kiedy się przekonał, że ani trzymany jego ręką zatruty nóż, ani powleczony jadem ząb wilka nie wyrządza Baldrowi najmniejszej krzywdy, wówczas o mało się nic udławił kipiącą w jego sercu złością. Zawsze nienawidził Baldra, ponieważ ten był piękny, dobry, bez skazy - ale teraz nie myślał już o niczym, tylko o tym, jak go zabić. Wszystko na świecie kochało Baldra - wszystko, tylko nie Loki. Nawet najzłośliwszy troll, najokrutniejszy olbrzym nie chciał go skrzywdzić. Nawet kamień na drodze, nawet wąż w trawie.
Zaślepiony przez nienawiść i wściekłość, nie kochany Loki oddalił się od gromadki szczęśliwych Asów bawiących się na jasnych łąkach Idy i zaczął knuć zdradę, obmyślać podstępy tak zawzięcie jak nigdy przedtem.
Pewnego dnia, kiedy królowa Frigg siedziała w pałacu Fensalir i przędła, myśląc z sercem pełnym radości i wdzięczności, że Baldrowi nic nie grozi, przykuśtykała do niej wsparta na kiju stara kobieta i oddała jej pokłon.
- Z jasnych łąk Idy dobiegają mnie głosy radości i śmiechy - zagadnęła ją królowa. - Czy możesz mi powiedzieć, co robią Asowie, że tak się radują?
- Coś bardzo dziwnego - wymamrotała stara. - Zabawiają się jakimiś czarami. Stoi tam roześmiany Baldr, a inni Asowie rzucają w niego kamienie, wypuszczają strzały, a także zadają mu ciosy mieczem i inną bronią. Ale jemu nic nie szkodzi. Dokoła na ziemi leżą miecze, młoty, dzidy i strzały, których użyto przeciw niemu na próżno.
- Ach! - wykrzyknęła Frigg z twarzą rozjaśnioną radością. - To dlatego, że żadna broń nie może wyrządzić Baldrowi krzywdy. Wszystko, co żyje albo rośnie na ziemi, wszystko, co się na niej porusza, co wychodzi z ziemi albo do niej schodzi, albo pływa na pokrywających ją wodach - wszystko przysięgło nie czynić mu krzywdy.
- Czy rzeczywiście wszystkie drzewa i krzewy, rośliny, kwiaty i trawy przysięgły nie skrzywdzić Baldra? - dopytywała stara przybyszka.
- Wszystko, co wyrasta z ziemi - potwierdziła Frigg.
- Na zachód od Walhalli - powiedziała stara - stoi dąb, z którego wyrasta mała roślinka, zwana jemiołą. Ona nie wyrasta z ziemi. Czy również przysięgała, że nie skrzywdzi Baldra?
- Doprawdy, nie wydaje mi się, żeby trzeba było brać przysięgę od jemioły - oburzyła się Frigg. - Jest laka słaba, miękka i młoda, z pewnością nie mogłaby skrzywdzić nikogo.
- To prawda - przytaknęła stara. - Maleńka roślinka, co nie ma własnych korzeni, ale musi brać pokarm z dębu, nie potrzebuje składać przysięgi, bo nie mogłaby nikogo skrzywdzić.
Po czym skłoniwszy się nisko, stara kobieta pokuśtykała z powrotem, a królowa pochyliła się znowu nad swymi krosnami tkając chmury. Ale zdawać się mogło, że padł na nią cień, jak gdyby słońce zasunęło się za jedną z utkanych przez nią chmur.
Wyszedłszy z Fensalir, Loki, już pod swą własną postacią, pośpieszył ku samotnemu dębowi rosnącemu na zachód od Walhalli i ściął z niego gałązkę jemioły. Ten oliwkowozielony pęd był słaby, wiotki i zdawało się, że : nikomu nie można by wyrządzić nim krzywdy, ale Loki przyciął go na! kształt grotu i szepcąc złowieszcze zaklęcia runiczne chuchnął nań, a pęd i stał się twardy i ostry jak strzała.
Ukrywszy pod płaszczem strzałę z jemioły, Loki wrócił ukradkiem na łąki Idy, gdzie Asowie wciąż jeszcze otaczali Baldra rzucając w niego nie szkodzącym mu orężem. A także, za specjalnym zezwoleniem Asów, przybyła tu niewielka grupka trolli: te rzucały w niego swymi kamiennymi młotkami i aż piszczały z uciechy, kiedy nie uczyniwszy szkody młotki spadały na ziemię. Gdzieniegdzie można było także dostrzec karła albo czarnego elfa z chytrze wykutym orężem, na skutek zaklęć magicznych twardym, ostrym i niezawodnym. Ale nawet magia traciła silę wobec Baldra, ulubieńca świata.
Tylko ślepy Hod nie brał udziału w tej dziwnej rozrywce. Wsparty o pobliskie drzewo przysłuchiwał się smutnie radosnym okrzykom i śmiechom.
- Dlaczego nie strzelasz do Baldra? - zapytał kusiciel Loki przysunąwszy się cicho do niego.
- Nie widzę, gdzie stoi Baldr - odparł z westchnieniem Hod. - A poza tym juko ślepiec nie mam żadnej broni.
- Ach, cóż to za wstyd, że ty jeden ze wszystkich Asów nie możesz uczcić twego brata rzucając w niego orężem, który opadnie nie czyniąc mu krzywdy - oburzył się Loki. - Ale jeżeli chcesz, mogę wsunąć ci w palce tę różdżkę i pokierować twą ręką, abyś mógł rzucić nią w Baldra.
Wtedy Hod zgodził się, żeby Loki włoży! strzałę z jemioły w jego rękę i tak ułożył mu ramię, aby mógł trafić. Zamachnął się i rzucił z całej siły strzałą, a ta przebiła ciało Baldra i jasny bóg runął martwy na ziemię. Było to największe nieszczęście, jakie kiedykolwiek zdarzyło się wśród bogów i ludzi.
Kiedy Asowie ujrzeli, że Baldr pada martwy, zapanowała wśród nich cisza. Ręce im opadły, nie mogli nawet go podtrzymać. Patrzyli na siebie z przerażeniem w oczach, a kiedy chcieli coś powiedzieć, płacz odebrał im mowę.
Tylko Hod nie mógł płakać. Stał lani, gdzie pozostawił go Loki. skamieniały z przerażenia i bólu.
Wkrótce wszyscy Asowie dowiedzieli się, kto rzucił śmiercionośną strzałę, a chociaż Hod nie chciał skrzywdzić Baldra, wiedzieli - zarówno oni, jak mimowolny zabójca - że musi teraz umrzeć, bo takie było prawo Północy, którego nie wolno było łamać nikomu, a przede wszystkim Asom. Ale nikt nie uderzył Hoda, bo Asów wiązała przysięga, że nie podniosą ręki na siebie nawzajem, a co więcej, przestępstwem byłoby przelanie krwi na równinie Idy i przed pałacem Breidablik,
Kiedy minęło pierwsze milczenie przerażenia, kiedy uspokoił się pierwszy wybuch płaczu, Frigg przemówiła do Asów:
- Kto spomiędzy was chce zyskać moje względy i wiecznotrwałą miłość? Kto pojedzie tą drogą do Helheimu, poszuka Baldra i zapyta Hel, czy przyjmie okup, aby syn mój mógł wrócić do Asgardu?
Przez chwilę panowała cisza, bo jazda tam była uciążliwa, a droga straszna.
Po chwili wystąpił Hermod, najszybszy z Asów, ich śmigły posłaniec i wybrany towarzysz Odina.
- Ja pojadę do Niflheimu - zawołał. - Pojadę na dwór Heli. tak, nie ulęknę się tych strasznych wrót, skoro mogę przez to sprowadzić z powrotem mego brata Baldra na światło dnia.
- Ruszaj zatem - rozkazał Odin. - Weź Sleipnira, mego ośmionogiego rumaka, aby niósł cię szybko. Tylko ja jeden zdaję sobie w pełni sprawę, jak wielkim ciosem i stratą jest śmierć Baldra dla nas, tu w Asgardzie.
Hermod wciągnął lśniącą zbroję, wsunął hełm na głowę, skoczył na Sleipnira i pomknął lotem błyskawicy.
Asowie zaś zanieśli zmarłego Baldra nad brzeg morza. Wyciągnięto jego siatek, Hringhorni, największy ze wszystkich statków, spuścili go na wodę. przycumowali do brzegu. Wznieśli na nim potężny stos pogrzebowy, położyli na stosie bezcenne klejnoty i wspaniale hafty.
Okręt jednakże był tak obciążony, że nie mogli zepchnąć go na morze, Wezwali więc na pomoc olbrzymkę Hyrrokkin, która przyjechała siedząc okrakiem na olbrzymim wilku i mając za uzdę węża. Gdy zeskoczyła ze swego rumaka, Odin kazał go przytrzymać czterem najdzielniejszym rycerzom z Walhalli, ale wilk im się wyrywał, aż go wreszcie przewrócili na ziemię.
Hyrrokkin zepchnęła statek jednym dmuchnięciem, tak potężnym, że aż ziemia od niego zadrżała i zapłonęły belki, na których stał.
Thor uznał to za obrazę zmarłego i chwycił za młot Mjollnir, chcąc powalić olbrzymkę, ale Odin spiesznie powstrzymał rękę swego porywczego syna.
Następnie wyniesiono ciało Baldra i złożono je na pokładzie. Kiedy słodka Nanna, jego żona, płacząc pochyliła się, aby ucałować męża po raz ostatni, serce jej pękło i padła martwa. Asowie ułożyli ją u boku Baldra i podpalili stos.
Thor, który rozniecał ogień, odsuwał się właśnie, kiedy przebiegał przed nim maleńki karzeł, Lit. Thor półprzytomny z żalu kopnął go i zabił, a zwłoki karła padły w ogień i spłonęły wraz z ciałami Baldra i Nanny.
Płonący statek miał już odpłynąć w ciemność. Asowie patrząc nań przez łzy przesłaniające im oczy stali na brzegu. Nie tylko oni byli żałobnikami. Frey w swym wozie nadjechał brzegiem z Vanaheimu i Freyja przybyła w pojeździe zaprzężonym w koty. Za Odinem i Frigg stały walkirie. Było także wielu olbrzymów szronu i innych olbrzymów z Jotunheimu, przyszły trolle i elfy z Alfaheimu i wielu karłów z podziemnych pieczar.
Gdy statek począł się oddalać od brzegu, Odin włożył na palec Baldra pierścień Draupnir i nachylając się nad zmarłym synem szepnął mu w ucho Słowo Nadziei, słowo, które znać pragnie każdy, kto żyje na jednym y, dziewięciu światów.
Gdy fale ciemnego oceanu unosiły statek coraz dalej, z piersi zebranych wydarł się głuchy jęk żalu i biegł przez cały świat. Siatek oddalał się coraz bardziej, a kiedy dotarł do linii horyzontu, zdawało się, że morze i niebo goreją.
Po chwili wszystko zagasło i żałobny całun mroku przesłonił świat.
A tymczasem Hermod pędził swoim szlakiem precz dziewięć nocy i dziewięć dni, pędził ciemnymi wąwozami, aż przybył nad ognistą rzekę Gjoll i wpadł na zloty most Gjoll.
- Któryż to z żyjących przejeżdża przez most, co czynić wolno tylko umarłym? - zapytała strażniczka Modgud, dziewica śmierci. - Wczoraj przejeżdżało tędy pięć drużyn zmarłych mężów, ale most nie dźwięczał bardziej niż pod tobą jednym, a ty, chociaż żyw, warzą przypominasz zmarłych. Dlaczego wjeżdżasz tutaj, na drogę Hel?
- Przysłano mnie z Asgardu - odpowiedział Hermod -- mam jechać do Helheimu, aby poszukać pięknego Baldra. A może widziałaś, jak szedł ta drogą do zamku Hel?
- Przechodził tym mostem piękny Baldr ze swoją żoną Nanną - odpowiedziała Modgud - a za nim biegł mały karzeł. Są w zamku Hel. Do drogi Jiel iść trzeba w dół i na północ.
Strażniczka odsunęła się, przepuszczając Hermoda. Sleipnir ponuro kroczył ciemną drogą, minął żelazny las i doszedł do wrót Hel, gdzie wielki pies Garm, krwawa pierś, zastąpił im drogę.
Hermod zeskoczył z rumaka i podciągnął popręg. Skoczył ponownie na siodło, u bódł konia ostrogami, a len dał lak potężnego susa, że przesadził wrota i znalazł się w Helheimie.
Hermod podjechał do zamczyska Hel, u wrót zeskoczył z konia i wszedł do środka. Ujrzał siedzącego na honorowym miejscu swojego brata Baldra. Nanna trzymała jego puchar, a karzeł Lit im usługiwał.
Hermod odpoczął przez noc, zjadłszy wieczerzę z Baldrem w chłodnym przybytku zmarłych. Rankiem udał się do wielkiej sali, w której Hel sprawowała sąd nad tymi, co przyszli do jej królestwa.
Hermod zadrżał spojrzawszy na jej upiorną twarz: jedna polowa była żywa, a druga martwa. Do uszu jego dobiegały syczenia z wielkiego kotła Hvergelmira i trzaskanie mieczy w lodowych wodach rzeki Sid. Słyszał, jak Hel osadzała zmarłych. Widział, jak złych wypędzano do Nastrandir, na wybrzeże trupów, gdzie brodzili w lodowatych, zatrutych strumieniach, a potem wrzucano ich do kotła, Hvergelmiru, bo służyć mieli za pokarm straszliwemu Nidhoggowi, który przerywał nadgryzanie korzeni jesionu Yggdrasil, aby sycić się ich kośćmi.
Widział smutek i mrok. nawet w domach sprawiedliwych, którzy zmarli we własnym postaniu, i pomyślał, że o wiele lepiej paść w bitwie i iść do Walhalli, gdzie przebywają bohaterowie.
W końcu on sam zgiął kolano przed Hel i powiedział jej, z czym przyszedł. Opisał, jak wielki smutek panuje wśród Asów i wszystkich żyjących z powodu śmierci Baldra, i prosił, aby brat mógł wraz z nim odjechać do Asgardu.
- Baldr powróci do was - wydala wyrok Hel swoim zimnym spokojnym głosem - jeżeli opłakiwać go będą wszystkie istoty żyjące i wszystkie rzeczy martwe. Jeżeli jednak będzie choć jeden wyjątek, zostanie ze mną.
Hermod wyruszył w podróż powrotną z radością w sercu, niosąc Odinowi pierścień Draupnir jako podarek od Baldra. Był pewien, że nikt i nic na świecie nic pożałuje łez, aby wykupić Baldra z krainy śmierci.
Przybył w końcu do Asgardu i opowiedział o wszystkim, co widział i słyszał. Asowie rozesłali gońców po dziewięciu światach, prosząc, żeby łzami wydobyto Baldra z Helheimu i Niflheimu i wprowadzono z powrotem do Asgardu, na świat jasności. Razem z Asami opłakiwali Baldra wszyscy ludzie, i wszystkie żywe istoty. Płakała sama ziemia, płakały kamienie, drzewa i metale, tak jak i dotąd płaczą, gdy się je przeniesie z mrozu w gorąco.
Wydawało się, że wszystko opłakuje Baldra, bo nawet olbrzymi lali łzy zapominając o odwiecznej zwadzie z Asami.
Jednakże Baldr wciąż pozostawał w Helheimie, więc Hermod jeździł po całym świecie, daleko i blisko, prosząc wszystkich i wszystko o łzy i jeszcze raz o łzy.
Zaszedł daleko w głąb zimnego Jotunheimu i pewnego dnia zobaczył u wejścia do jaskini olbrzymkę, która nie płakała.
- Kim jesteś, że nie opłakujesz pięknego Baldra? - zapytał.
- Jestem Thokk - odparła olbrzymka. - A kim jest Baldr, żebym go opłakiwała?
Wtedy Hermod opowiedział jej o pięknym Baldrze i o przyrzeczeniu Hel, że /wolni go, jeżeli cały świat opłakiwać będzie jego stratę.
Ale olbrzymka Thokk zaśmiała się grubiańsko.
- Thokk będzie lać suche łzy po Baldrze?! - zawołała. - Nie dbam o to, czy Baldr, syn Odina, pozostanie martwy. Niech Hel zatrzyma tego, kogo ma już u siebie.
Hermod kilkakrotnie prosił Thokk, żeby opłakiwała Baldra, ale nadaremnie. Wreszcie odwrócił się ze smutkiem od wciąż śmiejącej się olbrzymki i odjechał z powrotem do Asgardu.
Kiedy opowiedział o tym Asom, Odin przez chwilę trwał w smutnym milczeniu.
- Tak więc Baldr musi pozostać w zamku Hel - stwierdził w końcu. - Musi pozostać wśród zmarłych do dnia Ragnaroku, który jak sądzę, już się przybliża... Jeżeli chodzi o olbrzymkę Thokk, wydaje mi się, że to nie był nikt inny, jak Loki. Wprowadził on wiele zła pomiędzy Asów... był naszym bratem, a teraz jest najzaciętszym wrogiem.

--------------------------------------

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: sobota, 3.03.2007, 20:02 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
--------------------------------------

ROGER LANCELYN GREEN "MITY SKANDYNAWSKIE "

(Tłumaczyła: Aldona Szpakowska)
"Jest to wielka opowieść północy,
która dla całej rasy powinna być tym,
czym opowieść o Troi była dla Greków"

William Moris



VALI MŚCICIEL

Baldr nie żył, a nad Asgardem gromadziły się cienie. Troska osiadła na twarzach Asów. Odin czul, że nagle przybliżył się dzień Ragnaroku. Lecz dzień ostatniej bitwy był wciąż sprawą dalekiej przyszłości, a święty obowiązek pomsty już domagał się wypełnienia.
I lód, który rzucił śmierć niosącą strzałę, musi umrzeć, bo tak głosi nieugięte prawu bogów i ludzi, choć rzucił ją całkowicie niewinnie, bez żadnych złych zamiarów w stosunku do brata, którego przecież tak bardzo kochał.
Nikt z Asów jednakże nie mógłby go zabić z powodu wiążącej ich przysięgi. Co więcej, Mód w dzień przebywał w Breidablik, opłakując Baldra, a tam w żadnym razie nikt nie mógł podnieść nań miecza. A nocą, kiedy błąkał się po ciemnych lasach, nikt nie potrafiłby go znaleźć.
Odin wiedział z proroctw Volvy, że jeszcze nie narodził się mściciel, mający zabić Hoda. Wiedział jednakże, iż ma to być syn jego i śmiertelnej kobiety, którą musi zdobyć pod postacią śmiertelnika, że ten syn ma mieć na imię Vali i że przeżyje dzień Ragnaroku.
Ale jedna rzecz pozostawała nieznana, a mianowicie to, która z kobiet ma być jego żoną. Nie mogła mu tego odkryć ani własna mądrość, ani rady głowy Mimira.
Wreszcie zawezwał swego syna Hermoda, lotnego posłańca Asów.
- Włóż swoja lśniącą zbroję i hełm - rozkazał. - Osiodłaj Sleipnira i udaj się na najbardziej na północ wysunięty kraniec Midgardu. Znajdziesz się na ziemi Finów, którzy czarodziejską mocą zsyłają zimne burze na świat ludzi. Mieszka wśród nich czarownik, imieniem Hrossthjof, który, jedyny spośród żyjących ludzi, może widzieć przyszłość. Jedź spiesznie do niego i dowiedz się, z kogo narodzi się Vali mściciel.
Wtenczas walkirie zapięły na Hermodzie jego lśniącą zbroję, podały mu wysoki hełm, po czym skoczył na ośmionogiego Sleipnira i miał już ruszać w drogę, ale Odin zatrzymał go na chwilę.
- Pamiętaj - przestrzegał - że Hrossthjof to najbardziej przebiegły i okrutny z czarowników. Zwykł czarodziejską mocą ściągać niewinnych podróżników do swojego lodowego zamku, tam rabować ich i zabijać. Dlatego trzymaj w ręku moja laskę z runicznymi zaklęciami. Bez wątpienia, kiedy się dowie, że przychodzisz ode runie, użyje w pełni czarnoksięskiej mocy, aby tobą zawładnąć lub cię odpędzić.
Hermod wziął runiczną laskę Odina i ruszył w niebezpieczną misję. Przejechał po moście Bifrost, przy którym stał na straży Heimdall w białej zbroi, z rogiem Gjallar w dłoni, aby trąbić, kiedy się ukażą wrogowie Asgardu. Przez Midgard pędził Hermod, szybki jak wiatr podczas burzy, szybki jak zacinający deszcz. Czasami ktoś ujrzał go mknącego na ośmionogim rumaku, przetarł oczy ze zdziwienia, a podniósłszy znowu wzrok, widział tylko szalejącą burzę. Jechał przez dzikie, spowite mgłą góry, grad dzwonił o kopyta Sleipnira, a w głębokich jarach za nimi przewalały się śnieżne lawiny.
W końcu dotarł do kraju wiecznego zmroku, leżącego koło najbardziej na północ wysuniętego cypla ziemi, gdzie czarownik Hrossthjof miał swój zamek z zielonego lodu. Wtedy Hermod poznał, że go dostrzeżono i że rzucono nań czary, bo Sleipnir sunął po lodzie jak przyciągany magnesem, a on nie był w stanie w żaden sposób go zatrzymać.
Jednakże cudowny rumak Odina nie stracił władzy w nogach i coraz to przystawał z nagła i przeskakiwał zręcznie zasadzki, jakie na niego zastawił Hrossthjof: rozpadliny w lodowcu cienko pokryte warstwą śniegu, zaspy tak głębokie, że jeden nieostrożny krok, a jeździec i koń zatonęliby w śniegu; obluźnione tafle lodu, po których zjechałby śliskim zboczem góry aż w daleką przepaść.
Wkrótce pojawiły się szare, cieniom podobne potwory, o kształtach mrożących krew w żyłach i zdawało się, że skruszą przybyszów w swych potężnych, niezliczonych ramionach i rozszarpią ogromnymi kłami. Ale Hermod uniósł się w strzemionach i uderzył je runiczną laską, którą dał mu Odin, a monstra skuliły się i rozpierzchły, i jęcząc wtopiły się w śnieżna zamieć.
W końcu wyruszył przeciw niemu sam Hrossthjof, czarownik pod postacią olbrzyma. Wymachiwał grubą długą liną, chcąc związać jeźdźca i konia, ale gdy się dostatecznie przybliżył, Hermod powalił go uderzeniem laski i związał własną liną, zaciskając ją na gardle czarownika tak mocno, że Hrossthjof zacharczał w przerażeniu i wysapał:
- Wysłanniku Odina, będę już mówić... przestanę ci szkodzić... nie oszukam cię... Przysięgam na czarną rzekę Helheimu, Hleyptir... a na nią nikt w dziewięciu światach nie przysięgnie fałszywie.
Hermod zdjął linę z szyi Hrossthjofa i rzekł:
- Mów więc, czarowniku Północy. Odin zapytuje, z kogo ma się zrodzić Vali mściciel, ten, który musi zabić Hoda.
Hrossthjof dźwignął się z wolna na nogi i zaczął rysować na zmarzniętym, śniegu dziwne znaki runiczne. Po chwili wyciągnął w górę ramiona i zaczął nucić straszliwe zaklęcia. Nagle zaćmiło się słońce, chowając się za czarne chmurzyska, ziemia drżała i trzęsła się, wiatry burzy wyły wyciem drapieżnych wilków i jęczały jękami konających.
- Patrz! - zawołał nagle Hrossthjof wyciągając swe długie ramię i sinym palcem ukazując coś na śniegu.
Hermod spojrzał i zobaczył, że w oddali mgły rozstąpiły się, ukazując nagi szczyt góry. Nagle na śniegu ukazała się krew. Spływała w dół i zdawało l się, że czerwieni całą ziemię. Potem ze śniegu wstała piękna kobieta, trzymając niemowlę w ramionach. Dziecko momentalnie zeskoczyło na ziemię i rosło szybko, aż stało się postawnym młodzieńcem, który miał kołczan strzał na plecach i trzymał łuk w ręku. Wyciągnął strzałę, założył ją, napiął łuk i wy- ' puścił strzałę; błysnęła jak ogień i nagle utonęła w mroku.
Mgła podniosła się znowu i Hermod nie widział już nic, tylko niewyraźny zarys skutych lodem pagórków i śniegiem okryte szczyty, majaczące upiornie i szaro w wieczystym półmroku Arktyki.
- To, co widziałeś - przerwał ciszę Hrossthjof - to krew Baldra, która plami ziemię. Potem przyszła Rind, córka Billinga, króla Rusów. Ona ma zostać matką Valego, który wypuści ze swego łuku strzałę zemsty i powali na ziemię ociemniałego Hoda. Wracaj teraz do Asgardu i powiedz Odinowi. że jeżeli chce być ojcem Valego, musi pod postacią śmiertelnika starać się o względy Rind i zdobyć ją za żonę.
Powiedziawszy to Hrossthjof zawrócił i zniknął w ciemnej mgle. Jak każdy olbrzym, wydawał się jeszcze większy i straszliwszy, kiedy odchodził w mrok.
Hermod natychmiast dosiadł Sleipnira i wyruszył w długą drogę powrotną. Dojechawszy do Asgardu, klęknął przed Odinem i opowiedział mu wszystko.
Potem wszechojciec Asów wstał ze swego tronu i pozostawiając w Asgardzie swój boski majestat, ukrywając niewidzące oko w cieniu szerokoskrzydłego kapelusza, wyruszył do Midgardu. Niebieski płaszcz otulał jego postać. a w ręku zamiast laski, dzierżył oszczep Gungnir.
W tym przebraniu udał się na zachód, gdzie panował król Billing; Odin ofiarował mu swoje służby, jako rycerz doświadczony w wojennej sztuce.
Król Billing ucieszył się wielce, w tym bowiem czasie potężny nieprzyjaciel gotował wielką armię, by najechać jego królestwo.
- Nie mam wodza, który by poprowadził moje wojsko - lamentował król Billing - a sam jestem za słaby i za stary, bym mógł stanąć na czele wojowników. O, gdybym miał syna! Ale nie mam nawet zięcia, bo moja córka, Rind, nie chce iść za mąż. Nie brakowało konkurentów, bo jest młoda i piękna, ale gorąco pragnie zostać dziewicy Odina i jeździć z Walkiriami na jego dzikie łowy, więc starającym się okazuje pogardę i ich obraża.
- Choć stary już jestem - powiedział przebrany Odin, głaszcząc się po brodzie - ja także spróbuję szczęścia, może zdobędę rękę pięknej Rind. Ale najpierw muszę wykazać swą wartość prowadząc twoje wojska do zwycięstwa.
Objął więc komendę nad wojownikami króla Billinga i tak dobrze nimi pokierował, że najeźdźca został rozgromiony i nigdy już stopa jego nie stanęła na ziemi Rusów.
Tajemniczy dowódca natchnął wojsko króla Billinga odwagą i przekonaniem, że nikt nie zdoła dotrzymać im pola. Mówiono, że jemu tylko przypisać należy zwycięstwo w ostatniej bitwie, bo rzucił się sam jeden na wroga, wymachując oszczepem - a na ten widok nieprzyjaciel pierzchnął w popłochu.
Król Billing nie przeczuwał nawet, kim jest jego wybawca, i po skończonej wojnie przywołał go do siebie i rzekł:
- Szlachetny panie, tobie zawdzięczam zwycięstwo, koronę, nawet samo życie. Wszystko, co posiadam, jest twoje. Powiedz, jak mam cię nagrodzić.
- Proszę tylko o jedną nagrodę - odparł przebrany Odin. - O rękę twej córki, Rind.
- Chociaż nie jesteś młody, nie mógłbym życzyć sobie lepszego zięcia - odparł król. - Ale niestety moja córka nie należy do osób, którym można by coś nakazać. Będzie twoją, zaręczam, ale tylko wtedy, jeśli uda ci się zdobyć jej zgodę.
Król Billing posłał po Rind. Przyszła do sali, najsłodsza, najbardziej ujmująca dziewczyna na świecie.
- Moja córko - zwrócił się do niej łagodnie ojciec. - Ten szlachetny pan, który pokonał wszystkich naszych wrogów, uchronił nas przed klęska, śmiercią lub niewolą, prosi o jedną tylko nagrodę: o twoja. rękę. Zależy to tylko od ciebie, gdyż moją pełną zgodo, już zyskał. Chyba nagrodzisz szlachetnego zbawcę naszej ojczyzny?
- Taki) mu tylko darń odpowiedź - zawołał Rind - i tylko w taki sposób rękę!
Mówiąc to wystąpiła krok naprzód i uderzyła w twarz Odina. Potem śmiejąc się z pogardą, odwróciła się, poszła z powrotem do swego pokoju i zaryglowała drzwi.
Nie zdołało to jednak zachwiać postanowienia Odina. Pożegnał króla Billinga. którego jego odjazd bardzo zasmucił. i jeszcze raz wyruszył w drogę.
Wkrótce znowu powrócił do kraju Rusów, przebrany tym razem za Hrossthjofa, złotnika. Był barczystym mężczyzną w sile wieku, o inteligentnej dystyngowanej twarzy ale nadal miał tylko jedno oko.
Od razu przystąpił do pracy w swej specjalności i wkrótce zasłynął w całym kraju z wyrobu pięknych przedmiotów z brązu i złota, a także cudownych ornamentów i naszyjników przeznaczonych dla niewiast, w końcu zrobił bransoletę i komplet pierścionków tak pięknych, że podobnych im jeszcze nie widziano, zaniósł je królewnie Rind w podarku, prosząc w zamian o jej miłość.
Rind wpadła w furię gniewu. Cisnęła bezcenne klejnoty na ziemię, uderzyła w twarz złotnika Hrossthjofa i krzyknęła:
- Żaden mężczyzna nie zdobędzie mej miłości i żaden nie kupi mych względów!
Nie zrażony tym - ponieważ wiedział, jak ważną jest rzeczą, aby urodził się Vali - Odin znowu opuścił kraj Rusów, ale tylko po to, żeby powrócić raz jeszcze, tym razem jako młody, piękny wojownik. Nigdy nic widziano przystojniejszego młodzieńca, choć uroda jego miała skazę, której usunąć nie mógł nawet wszechojciec Asów; posiadał tylko jedno oko.
Uderzył w konkury do królewny, jak przystało młodemu śmiałkowi, popisywał się przed nią zręcznością i odwagą, znosił bogate dary, śpiewał w słodkich, dziwnych pieśniach o swojej miłości.
Wydawało się, że Rind skłania się ku niemu, bo jednego dnia, kiedy po odśpiewaniu nowej pieśni ukląkł przed nią, szepnęła:
- Przyjdź do mnie dziś w nocy, jeżeli chcesz rozmawiać ze mną, ale zachowaj to w tajemnicy, bo nikt nie może wiedzieć o naszej miłości.
Tak więc, gdy zapadła głucha noc, Odin. wciąż pod postacią młodzieńca, skradając się szedł przez pałac, aż dotarł do pokoju, w którym spała piękna jak słońce córka Billinga. Do jej łóżka przywiązany był pies, który ujrzawszy Odina zaczął głośno szczekać. Rind zerwała się, wołając o pomoc, a wtedy wszyscy dworzanie i żołnierze, którzy dotychczas udawali tylko sen, wpadli do jej pokoju, wymachując mieczami i pochodniami.
Odin wielce poruszony zrozumiał, że uprzejme słowa i uczciwe zabiegi o uzyskanie jej ręki nie zdobędą upartej dziewczyny.
Kiedy żołnierze króla Billinga dobiegali już do drzwi, Rind uderzyła Odina i wrzasnęła, że w jej pokoju znajduje się złodziej. Odin wyciągnął spod płaszcza laskę z zaklęciami runicznymi i dotknął nią lekko piersi i czoła królewny, która natychmiast upadła, sztywna i nieruchoma jak trup, prosto w ramiona tych, co nadbiegu' jej na ratunek. Odin ukrył się i uciekł, nim Rind zaczęto ratować.
Kiedy ocucono Rind z omdlenia, król Billing spostrzegł ku swemu przerażeniu, że córka oszalała. Wkrótce było już z nią tak źle, że nie mogła nawet opuszczać swoich pokoi.
W tym czasie przybyła do pałacu mądra kobieta, imieniem Vekkja i ofiarowała swoje usługi jako osoba znająca dobrze nauki lekarskie. Twierdziła, że może wyleczyć nawet szaleństwo. Król Billing polecił jej uzdrowić Rind. Vekkja przepisała chorej kąpiel stóp i kojące napoje, które okazały się nadzwyczaj skuteczne, a potem powiedziała:
- Królu panie, gwałtowne szaleństwo wymaga gwałtownych środków lekarskich, poza tym muszę pozostać sama z moją pacjentką i nic nie powinno zakłócić mi ciszy, kiedy będę pracować. Jeśli zatem chcesz, abym uwolniła twoją córkę od tej choroby, musisz pozostawić mnie z nią samą od zachodu do wschodu słońca i zawiadomić wszystkich przebywających na twoim dworze, że w tym czasie nie wolno zbliżać się do jej sypialni.
- Stanie się tak, jak sobie życzysz - rzekł król Billing i wydał odpowiednie rozkazy.
Kiedy zapadła noc. Vekkja udała się samotnie do smutnej komnaty, w której leżała piękna jak samo słońce córka królewska, pogrążona w spokojnym śnie.
Tutaj Odin zrzucił przybraną postać i ukazał się jako wszechojciec, życzliwy, lecz budzący strach swym majestatem.
Dotknięciem laski z runicznymi zaklęciami zbudził Rind, która otworzywszy oczy uwolniona została z szaleństwa i poznała, kto stał koło niej.
-Królewno Rind -powiedział Odin swoim łagodnym głosem. -Zawsze pragnęłaś zostać jedną z moich dziewic bitewnych, czyli Walkirii, które jeżdżą ze mną na piorunach i wybierają spośród rycerzy poległych w bitwie tych najdzielniejszych, aby powiększyli zastępy bohaterów w Valholl, mających walczyć w dniu Ragnaroku. Tak się stać nie może, ponieważ Norny uprzędły dla ciebie ważniejszą przyszłość. Tobie jednej ze śmiertelnych kobiet Midgardu ma być dane zostać matką jednego z Asów, najmłodszego. Syn twój nazywać się będzie Vali i pomści pięknego Baldra, jeszcze nim zajmie jego miejsce w Asgardzie. Nie zginie też w ostatniej wielkiej bitwie, choć padną w niej bogowie i ludzie.
Królewna Rind skłoniła ulegle głowę, a kiedy ją podniosła, w jej oczach lśniły łzy radości z zaszczytu, jaki miał ją spotkać. Kiedy Odin znowu ją poprosił, żeby została jego żoną, nie odmawiała już mu więcej.
Nie minęło jednak wiele czasu, a Odin pożegnał swoją śmiertelną żonę. Rind, i powrócił do Asgardu, gdzie czekała na niego prawdziwa żona, królowa Frigg, która powitała go nie okazując zazdrości, ponieważ znała wyroki losu.
Życie w Asgardzie płynęło jak dawniej. Ale Hod nie poniósł jeszcze kary za rzucenie śmierć niosącego grotu w swego brata Baldra. Nadal opuszczał Breidablik tylko po zmroku, bo dla ślepego dzień i noc były tym samym, i wędrował po wielkich lasach na równinach Idy, dopóki pierwszy śpiew budzących się ptaków nie oznajmił świtu.
Nosił teraz na ramieniu tarczę ciemności, którą ukuł dla niego leśny troll, Mimring, a u boku miał magiczny miecz, aby nikt nie odważy się napaść go w mrokach nocy.
Pewnego dnia. gdy Heimdall pełnił straż przy wrotach Asgardu, nadeszło mostem małe dziecię z łukiem w ręku i kołczanem na plecach.
- Żadnemu dziecku z potarganymi włosami i brudnymi rączkami nie wolno iść tędy do Asgardu! - krzyknął Heimdall.
- Zaprowadź mnie do Odina wszechojca, który siedzi w Walhalli! -rozkazało dziecko tak dziwnym głosem, że Heimdallowi w głowie nie postało się sprzeciwiać.
Przyszli do Walhalli i tutaj zatrzymał ich Hermod.
- Żadnemu dziecku z potarganymi włosami i brudnymi rączkami nie wolno wchodzić tutaj! -zawołał. -Ani też żadnemu mężowi z Midgardu, który nie ma ran ani śladów krwi świadczących, że poległ w bitwie!
- Zaprowadź mnie przed Odina mojego ojca! - odpowiedziało chłopię, a glos jego brzmiał donośniej, niż kiedy odezwało się po raz pierwszy do Heimdalla. Podobnie jak strażnik Bifrostu, tak i strażnik Walhalli nie kwestionował władczego tonu dziwnego dziecka. Odsunął się i chłopiec wszedł prosto do Walhalli. Asowie wlepiali weń wzrok, zdumiewali się einherjar -bohaterowie, a dziecię szło przed tron Odina.
-Witaj -zawołał Odin wstając z tronu. -To jest Vali, syn mój i księżniczki Rind. To ten, który się urodził, żeby dokonać świętego dzieła pomsty za śmierć Baldra.
-Jak może ten chłopczyk pokonać silnego Hoda, którego broni tarcza ciemności i miecz przerażenia? -dopytywali Asowie.
-To prawda, że urodziłem się dopiero tej nocy -odpowiedział Vali. -Jednakże nim ta noc przeminie, będę już dorosły. A tak jak młodziutka wiosna rośnie i pokonuje potężną zimę, tak ja pokonam Hoda!
I gdy wszyscy zdumiewali się, jak szybko rośnie -bo w tym czasie, gdy na niego patrzyli, przemieniał się z chłopca w młodzieńca i z młodzieńca w męża -wyszedł z Walhalli i podążył do ciemnych lasów.
Błądził tam zrozpaczony i opuszczony Hod, a w jego sercu, które dotąd znało tylko miłość, poczynała wzrastać nienawiść. Nagle usłyszał czyjś jasny głos, który wołał donośnie:
-Zabójco Baldra, nadeszła twoja godzina! Uważaj na siebie, bo zbliża się mściciel! Hod ruchem rozpaczy osłonił się tarczą ciemności i wymachując mierzeni przerażenia popędził w kierunku tego głosu. Strzała przeszyła ciemności... potem druga... trzecia. Hod osunął się na ziemię bez ducha.
Okrzyk tryumfu Valego odbił się echem po całym Asgardzie, a gdy Asowie przybiegli do miejsca, gdzie leżał nieżywy Hod. ujrzeli stojącego nad nim wielkiego rycerza w lśniącej zbroi.
A w posępnej krainie Hel przeszedł Hod ze zwieszona głową przez most Gjoll i stanął w mrocznej sali, samotny i zgnębiony.
Wtedy Baldr wstał od stołu i z otwartymi ramionami, z uśmiechem radości i przebaczenia ruszył go powitać.
- Witaj, drogi bracie! - zawołał. -Teraz, kiedy przyszedłeś, Helheim i przestał już być tak smutny... To nie ty, ale podły Loki był sprawca mojej śmierci... a jednak trudno mi żałować, że to twoja ręka trzymała strzałę z jemioły, bo inaczej nie przyszedłbyś tutaj dzielić ze mną mojej samotności. Teraz jesteśmy razem i bez smutku spędzimy czas, jaki jeszcze pozostał do dnia Ragnaroku, kiedy znowu zabłyśnie nam światło życia.

--------------------------

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: sobota, 3.03.2007, 20:03 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
--------------------------------------

ROGER LANCELYN GREEN "MITY SKANDYNAWSKIE "

(Tłumaczyła: Aldona Szpakowska)
"Jest to wielka opowieść północy,
która dla całej rasy powinna być tym,
czym opowieść o Troi była dla Greków"

William Moris



LOKI UKARANY

Odin rzadko się teraz uśmiechał, a Frigg płakała często tkając chmury w Fensalir, ale poza tym życie w Asgardzie toczyło się na ogół tak samo, jak przed śmiercią Baldra. Dzień Ragnaroku się przybliżał, rzucając na nich cień mroczny i straszny. Jednakże nocne
uczty w Walhalli były wesołe jak zawsze, w Midgardzie toczyły się wojny, walkirie jeździły na wciąż nowe bitwy, a zastęp einherjar, wybranych bohaterów, rósł ciągle.
Brakło Baldra i Hoda wśród Asów, a choć przybył Vali, odszedł jeszcze jeden spośród nich -Loki.
Od śmierci Baldra nie odważył się przyjść do Asgardu. Nie wymierzono mu żadnej kary, a przecież zdawał sobie sprawę, że musi na niego spaść. Odin musiał wiedzieć, że to jego dłoń wystrugała śmiercionośny oszczep i prowadziła rękę Hoda. Na pewno też domyślali się Asowie, że to on przybrał posiać olbrzymki Thokk i nie chciał łzami wykupić Baldra z Helheimu.
Ale gdy czas mijał i niczyja ręka nie podniosła się przeciw niemu, Loki znudził się czynieniem zła w Midgardzie, a w dodatku poczuł się zlekceważony i opuszczony. Wydawało się, że Asowie zupełnie o nim zapomnieli, a przecież on, Loki, był równie wielki, jak każdy z nich i dokonał czynu, na jaki nie odważyłby się nikt inny w dziewięciu światach.
Kiedy więc nadeszło następne święto plonów. Loki, choć nie był na tyle bezczelny, aby pokazać się w Asgardzie -zresztą wiedział dobrze, iż jego dawny wróg, Heimdall, nie przepuściłby go przez most Bifrost -wybrał się do zaniku Agira na wyspie, na Kattegacie.
Ucztowali tu Asowie, tak jak co roku, odkąd Thor przyniósł wielki kocioł! do warzenia piwa. Sam Thor -jak dobrze orientował się Loki -znajdował się w Jotunheimie, gdyż olbrzymi zaczynali się znowu burzyć i knuć złe czyny przeciw bogom i ludziom.
W drzwiach zamku Loki napotkał Eldira. kucharza Agira.
-Powiedz mi, Eldirze -zagadnął go -o czym to rozmawiają Asowie siedząc wokół biesiadnego stołu Agira?
-Mówią o broni i o swych wojennych czynach -odparł Eldir. -Ale nikt z obecnych tu Asów czy Vanów nie powiedział ani jednego dobrego słowa o tobie.
-W takim razie wejdę i zajmę miejsce wśród nich -oświadczył Loki. -Przynajmniej będę mógł przymieszać goryczy do ich napojów i trucizny do miodu!
-Bądź pewien, że jeżeli rzucisz na nich słowa fałszu i obmowy, odpłacą ci za to -ostrzegł go Eldir.
Kiedy Loki wszedł do sali, cisza zapadła wśród Asów. Z pogardą i nienawiścią patrzyli na niepożądanego gościa.
-Przybywam tutaj spragniony i zmęczony długą drogą -zawołał zaczepnie Loki -a żaden z Asów nie częstuje mnie dobrym miodem. Dlaczego wszyscy milczycie? Czyż nawet nie poprosicie mnie, bym siadł z wami do stołu?
-Asowie już nigdy nie zaproszą ciebie na ucztę -rzekł Bragi. -Wiedzą dobrze, co uczyniłeś i na co zasługujesz.
-Odinie, czyś zapomniał swojej przysięgi? -wolał Loki zwracając się do wszechojca. -W zaraniu świata zmieszaliśmy naszą krew i przysiągłeś, że nie odmówisz mi nigdy miodu ni wina z pucharu, z którego sam będziesz pił.
-To prawda -odpowiedział spokojnie Odin. -Dlatego też, Vidarze, moi synu, przysuń się do mnie, aby mógł usiąść ojciec wilka Fenrira. Niech nikt nie powie, że Asowie zapomnieli przysięgi.
Loki usiadł i pociągnął miód z kielicha. Nie umiał jednak zapanować nad Swoim złym językiem, a nienawiść i złość tak w nim kipiała, że nie mógł ich ukryć.
-Pozdrawiam was wszystkich, potężni Asowie! -zawołał. -Pozdrawiam was wszystkich z wyjątkiem tchórza Bragego, -który chciał nie dopuście mnie do należnego mi miejsca wśród was.
-Dam ci rumaka i miecz, i również pierścienie -powiedział cicho Bragi -jeżeli tylko przestaniesz obrażać Asów, jeżeli tylko zachowasz spokój na tej uroczystej uczcie.
-Bragi, ty tchórzu! -huknął Loki. -Nigdy nie walczyłeś w żadnej bitwie, nigdy nie walczyłeś mieczem na koniu. Nie, zawsze się chowałeś z obawy, by nie trafiła cię zbłąkana strzała!
-Bądź pewien, że gdybyśmy znajdowali się na dworze, a nie u Agira, jako jego goście -zawołał gwałtownie Bragi -dawno już miałbym w ręku twą odciętą głowę!
-Proszę cię na naszą miłość, nie drażnij teraz Lokego -szepnęła piękna Idun. kładąc jedną rękę na ramieniu męża, a drugą na ramieniu Lokego.
-Bądź cicho, Idun -żachnął się Loki. -Uważam cię za bardzo złą kobietę, skoro kładziesz rękę na ramieniu kogoś, kto zabił brata twego męża.
-Chciałam tylko utrzymać pokój między wami -łkała Idun. -Za nic nie chcę, żeby doszło między wami do walki tutaj, w biesiadnej sali Agira!
-Upiłeś się czy oszalałeś, Loki -upomniał go Odin -że zachowujesz się w len sposób? Nie mów już nic więcej, jeżeli nie mają to być słowa pokoju.
-To właśnie ty, Odinie, powinieneś się wstydzić mieszać między nas! -wrzasnął Loki. -Każdy wie, że nieraz dawałeś zwycięstwo w bitwie tchórzom, a potrząsałeś Gungnirem nad głowami ludzi śmielszych od ciebie, (.o więcej, sam zachowywałeś się po tchórzowsku na wyspie Samsey, gdy zamieniłeś się w czarownicę i robiłeś złe rzeczy, jakie przystoją tylko czarownicom.
-Nie powinieneś mówić o czynach, popełnionych w zaraniu czasów, kiedy i ty. i Odin byliście jak bracia -wtrąciła spiesznie Frigg, starając się utrzymać pokój.
-Bądź cicho, niewierna Frigg -wrzasnął Loki. -Wszyscy wiedzą, że byłaś kochanką Vilego i Ve, kiedy ich brat Odin wyjechał!
Było taką niedorzecznością mówić coś podobnego o bogini małżeńskiej miłości i wiary, że wszyscy Asowie wybuchnęli śmiechem. A Frigg zawołała:
- Gdyby mój syn Baldr był tutaj, nie ośmieliłbyś się tak mnie znieważać.
-Baldr już nigdy nic zasiądzie na waszych ucztach -drwił z niej Loki -ho ja sprowadziłem na niego śmierć i zatrzymałem go w Helheimie!
-Bądź cicho, pijany pyszałku -zawołała z gniewem Freyja. -Nie jesteś mężczyzna, ale półkobietą!
-Obmierzła czarownico! -omal nie udławił się złością Loki, bo słowa Freyji były najgorszą obelgą na Północy. -Wszyscy Asowie byli twymi kochankami i wiem dobrze, co robiłaś z karłami, żeby zdobyć naszyjnik Brisingów.
Kilku Asów chwyciło za miecze i porwało się z miejsc, aby uderzyć na Lokego. Ale na znak Odina usiedli z powrotem i milczeli.
Po chwili Loki, który nie mógł znieść, że nikt nie zwraca na niego uwagi, zaczął znów.
- Ha, oto widzę znów mojego przyjaciela Tyra! -zawołał. -Tyr, wielki rycerz! Jakiż to rycerz bez jednej ręki! Mój słodki syn, wilk Fenrir, ją odgryzł!
-Wilk leży związany na rubieży ziemi -powiedział spokojnie Frey. -Jeżeli nie będziesz uważać, co mówisz. Loki. i ty z kolei poczujesz na sobie nasze łańcuchy.
-A kim ty jesteś, byś mógł szydzić z mojego syna Fenrira -odgryzał się Loki. -Ty. co kupiłeś kobietę, córkę Gymira, za swój miecz. Kiedy Fenrir zwróci się przeciw lobie w dniu Ragnaroku. łatwo pożre rycerza, który stracił miecz.
-Jesteś pijany, Loki. i straciłeś rozum, Wyjdź na dwór, jak powinien zrobić przyzwoity mężczyzna, gdy się upije -spokojnie poradził Heimdall. -Nieraz ktoś plecie bzdury nad kielichem i wszyscy mu to zapomną, jeżeli sam umilknie w porę.
-A więc i ty przyszedłeś na ucztę, tchórzliwy sługo Asów -drwi) Loki. -Jesteś pewno zmęczony ciągłym wystawaniem w deszczu na moście Bifrost, i to bez chwili snu!
Wtedy Skadi odezwała się zimnym, jakby z oddali płynącym głosem, bo spadł na nią dar proroctwa i przez chwilę danym jej było widzieć przyszłość.
-Ten pies, Loki! -rzekła. -Ten pies, Loki! Już niedługo będzie chodził wolny, machając ogonem! Widzę go związanego przez Asów na skale ostrej jak miecz, związanego ścięgnami wilka, własnego syna, zakutego w żelazo!
-A to Skadi, córka olbrzyma, ośmiela się tak mówić do mnie! -wrzasnął Loki. -Zapomina, że to ja przede wszystkim przyczyniłem się do śmierci jej ojca, Thjazego! Pamięta tylko, że była kiedyś moją kochanką!
-No, wypij kielich starego miodu i zaprzestań tego gadania bez sensu i tych nieprawdziwych opowieści -powiedziała miękko złotowłosa Sif czyniąc ostatni wysiłek utrzymania pokoju w czasie uczty. -Wypij i przestań wymyślać Asom.
Ale Loki stracił już cały rozsądek.
-A tu jeszcze Sif! -zawołał. -Sif, której kiedyś ukradłem włosy! Nawet ona okazała się niewierną żoną i trzymała mnie w swym objęciu!
Nie domówił jeszcze tych słów. gdy dało się słyszeć dudnienie grzmotu, ziemia zadrżała i sam Thor wkroczył do sali. Jego ruda broda jeżyła się z gniewu.
-Bądź cicho, nikczemniku! -ryknął. -Mjollnir, mój potężny młot, odbierze ci mowę, jeśli powiesz jeszcze choć jedno kłamliwe słowo.
-No, nareszcie ten niegodziwiec! -szydził Loki, kierując się jednak ku drzwiom. -Grozisz mi, potężny Thorze, ale inaczej zaśpiewasz, kiedy spotkasz się z moim synem, wilkiem Fenrirem. w dniu Ragnaroku!
-O tym zadecydują Norny -odpowiedział Thor. -Ale jeżeli odezwiesz się raz jeszcze, cisnę cię na daleką Arktykę, gdzie nikt cię już nie zobaczy.
-Nie wspominaj o podróży do Jotunheimu! -drwił Loki. -Wiemy wszyscy, jak się chowałeś w paluchu rękawiczki Skrymira! A co do rzucania inną, to wiadomo nam także, że nawet torba Skrymira była lak mocno związana, że nic mogłeś jej rozwiązać i musieliśmy obyć się bez kolacji.
-Młot, który zabił Hrungnira. zabije także i ciebie! -ryczał Thor, wywijając Mjollnirem. -Pójdziesz wtedy do Nastrandir, będziesz się gotował w Hvergelmirze jako strawa Nidhogga!
-Mówiłem tylko prawdę, ale już was opuszczam -krzyczał Loki. -Pamiętam z dawnych czasów, że Thor nic panuje nad sobą. Co do zamku Agira, mam nadzieję, że pójdzie z ogniem, nim rok minie!
Powiedziawszy to wyszedł. Ale zagniewani Asowie odbyli od razu naradę i przysięgli nic spocząć, póki Loki nie zostanie schwytany i związany. Kiedy skończyła się uczta, rozeszli się po świecie szukając go.
Loki zdawał sobie sprawę, że Asowie nic przebaczą mu i nie pozwolą czynić więcej zła. Począł więc szukać bezpiecznego schronienia.
Wędrował w tym celu jakiś czas po Midgardzie i wreszcie zdecydował się na pewną wyniosłą górę, z której rozciągał się we wszystkich kierunkach widok na kilka mil. Tutaj w pobliżu wodospadu Franangr zbudował sobie dom o czworgu drzwiach. Często zamieniał się w łososia i kryl się w głębokiej wodzie albo za lukiem spadającej wody.
-Tutaj mnie nigdy nie złapią! -wykrzykiwał z pewnością siebie jednego dnia. kiedy to siedział przy ogniu w domu i wyglądał przez wszystkie drzwi po kolei. -Gdy będą szli. zamienię się w łososia i tak dobrze się ukryję w wodospadzie Franangr albo gdzieś w dole rzeki, że żaden z nich mnie nie znajdzie... Gdyby pożyczyli sieci od Ran, mogliby mnie złapać, tak jak ja złapałem karla Andvarego. Ale Ran jest mi przyjazna, oboje radujemy się czyniąc zło. Nigdy nic pożyczyłaby im sieci... Asowie zaś nie wpadną na pomysł, żeby zrobić taką sieć. A gdyby nawet o tym pomyśleli, żadne nie umiałoby tego wykonać. Nawet dla mnie byłoby to trudne, choć ja oczywiście potrafię wszystko. Myśli, że należałoby tak to zacząć...
—Wziął kawałek sznurka; splatał go i wiązał przemyślnie, tworząc oczka sieci. Kiedy po chwili podniósł wzrok, zobaczy) gromadę Asów, z Tlhorem na czcić, wchodzących na górę. dość jeszcze daleko.
Z przekleństwem cisnął w ogień na wpół gotową sieć, wyszedł dalszymi drzwiami i zamieniwszy sit; w łososia zniknął w rzece i ukrył się za wodospadem Franangr.
Kiedy Asowie weszli do jego domu, me znaleźli Lokego ani też nie mogli go dostrzec nigdzie w okolicy.
-A jednak tu był -upierał się Thor. -Kiedy ojciec Odin rozglądał się po świecie siedząc na tronie Hildskjalf. zobaczył go tutaj. Loki siedział w tym domu przed wodospadem. Wzmianka o wodospadzie nasunęła coś na myśl Honirowi, zawrócił do domu i długo i uważnie patrzał w ogień.
-Patrzcie -powiedział. -Ten popiół układa się no kształt sieci takiej, jakiej Ran używa do ściągania marynarzy na dno morza. Przypomina mi to. jak kiedyś Odin. Loki i ja wędrowaliśmy po Midgardzie i Loki złapał karła Andvarego siecią Ran, kiedy karzeł zamienił się w rybę i ukrył pod takim samym wodospadem, jak ten. Myślę, że Loki ukrywa się pod wodospadem Franangr jako ryba. a zanim tu przyszliśmy, próbował, czy możliwą jest rzeczą zrobić taką sieć, bo wie dobrze, iż Ran nigdy nie użyczyłaby swojej, abyśmy mogli złapać olbrzyma. Spróbujmy więc, czy potrafimy sami zrobić taką sieć i złowić Lokego.
Asowie zabrali się od razu do roboty, naśladując wzór pozostały w popicie, i wkrótce mieli sieć długa na cała szerokość rzeki.
Thor ujął za jeden koniec, a pozostali Asowie za drugi i ciągnęli ją przez rzekę i przez wodospady. Loki uciekł i ukrył się między dwoma kamieniami, lecz dotknął sieci w przelocie i Asowie wiedzieli, że coś jest w wodzie.
Obciążyli więc sieć, aby nic nie mogło się pod nią przemknąć, i ciągnęli ją ponownie od wodospadów w dół rzeki, aż doszli do morza. A kiedy Loki zobaczył wielki ocean, gdzie nie może żyć żaden łosoś, przestraszył się i nagle przeskoczył przez sieć i popłynął w dół rzeki, aby się ukryć pod wodospadami Franangr.
Ale oni go zobaczyli l raz jeszcze przygotowali się do przeczesania siecią
rzeki. Tym razem polowa Asów siała z każdej strony sieci, a Thor brodził w środku rzeki tuż za siecią. W len sposób szli, ku morzu i Loki zrozumiał, że są tylko dwie możliwości ucieczki -przeskoczyć ponad siecią w do rzeki, licząc, że Thor go nic zauważy, lub narazić się na niebezpieczeństwa oceanu.
Tego zląkł się w ostatniej chwili, bo wiedział, że Agir, pan morza, naśle na niego wiele potworów. Przeskoczył więc nagle przez sieć.
Ale Thor go zobaczył i krzycząc głośno uchwycił za ogon i trzymał mocno, ściskając lak. że łososie do dnia dzisiejszego mają wąskie ogony.
Loki przybrał z powrotem swoją własną postać, a ponieważ złapano go poza Asgardem i w takim miejscu, gdzie nic chroniły go żadne prawa gościnności, wiedział że od Asów nie może oczekiwać przebaczenia, tylko sprawiedliwej kary za zabicie pięknego Baldra.
Zaciągnęli Lokego do jaskini, z dala od świata ludzi, wbili w ziemię trzy ostre płyty kamienne, do których go przywiązali. Jeden kamień był pod jego ramionami, drugi pod udami, trzeci pod łydkami.
Aby znaleźć okowy, które by go utrzymały. Asowie zamienili złego syna Lokego w wilka, a ten natychmiast zagryzł swego brata Narfego i rozszarpał go na sztuki. Z mięśni Narfego zrobili postronki, którym! związali Lokego. przeciągając więzy przez dziury, wywiercone w każdym z kamieni. A później czarami zamienili je w żelazne druty.
Ula zwiększenia kary Skadi zawiesiła nad głową Lokego jadowitego węża. lak że trucizna kapała na niego i skręcał się w bólu.
Ale nawet Loki nic mógł być pozbawiony przynajmniej jednej osoby, która by go kochała, a była nią jego wierna żona, olbrzymka Sigyn. Stanęła u boku. męża i trzymała kubek, zbierając weń krople trucizny. Ale kiedy kubek był pełen, musiała się odwrócić, aby go opróżnić, a wtedy trucizna padała mu na twarz, Loki skręcał się z bólu i cała ziemia trzęsła się i drżała.
Tylko raz mieszkaniec Midgardu znalazł drogę do jaskini, gdzie leżał Loki. czekając na dzień Ragnaroku. Był nim Thorkil. wielki podróżnik. Płynął z towarzyszami przez bezsłoneczny kraj, gdzie nocą nie błyszczały gwiazdy, a w dzień panowała głęboka ciemność. W końcu tak mało mieli opału, że musieli jeść surowe mięso. Spadła na nich zaraza i wielu umarło, a wreszcie, kiedy pozostali przy życiu stracili wszelka nadzieję, ujrzeli w dużej odległości ogień i po jakimś czasie dopłynęli do pieczary nad morzem, gdzie siedzieli dwaj olbrzymi, gotując rybę.
Thorkil przepłynął koło nich, mając na przednim maszcie klejnot, który odbijał światło. Zarzucili go zagadkami, ale posiadał dosyć bystrości umysłu, żeby je rozwiązać.
Przypłynął wreszcie do ziem. do których nie dotarł jeszcze żaden siatek, których nie deptała nigdy noga człowieka.
Wylądował w głębokim mroku i szedł z towarzyszami, aż ujrzeli przed sobą ogromna skałę. Krzesząc krzemień o żelazo rozpalili ogień i zobaczyli wejście do pieczary.
Wsunęli się do niej przez wąska rozpadlinę w skale, towarzysze Thorkila nieśli pochodnie przed nim i za nim wymijając pełzające na drodze ślimaki i lśniące węże. Przeszli przez grząski, czarny strumień i dotarli do miejsca. gdzie w zatęchłej, posępnej jaskini leżał Loki przywiązany do trzech skał.
Ukazał się ich oczom wielki, straszny olbrzym, opleciony potężnymi łańcuchami, na głowi;: włosy sterczały jak gałęzie dzikiego derenia. Kiedy wyciągnęli ręce, aby wyrwać jeden z tych włosów na dowód, że Loki naprawdę żył, poruszył się w swych pętach i natychmiast czarna trucizna ogromnego węża zaczęła skapywać z sufitu jaskini.
Thorkil i jego towarzysze okryli się płaszczami t odwrócili chcąc uciec z lej strasznej pieczary. Ale tylko pięciu wyszło z mej cało. Jeden wyjrzał spod swego płaszcza i trucizna kapnęła mu na głowę, która odpadła, jak ścięta mieczem. Inny spojrzał przesłaniając oczy ręką. ale natychmiast oślepł. Trzeci wyciągnął rękę. aby się nie przewrócić, i natychmiast ręka odpadła mu aż po ramię.
Thorkil i jego towarzysze dobrnęli do statku i płynęli w ciemnościach przez długie tygodnie. Statek rozbił się u drodze powrotnej i tylko Thorkil przeżył i mógł opowiedzieć, że gdzieś w północnej części świata widział Lokego, olbrzyma zła.
I tak leży Loki. skuły wieżami, które nie dadzą się rozerwać aż. do dnia Ragnaroku. kiedy opadną, a on będzie walczyć przeciw Asom w dzień ostatniej wielkiej bitwy.

-----------------------------------

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: sobota, 3.03.2007, 20:06 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
--------------------------------------

ROGER LANCELYN GREEN "MITY SKANDYNAWSKIE "

(Tłumaczyła: Aldona Szpakowska)
"Jest to wielka opowieść północy,
która dla całej rasy powinna być tym,
czym opowieść o Troi była dla Greków"

William Moris



RAGNAROK

Odin wiedział od początku czasów, inni Asowie dowiedzieli się wkrótce i nawet do mieszkańców Midgardu dotarła wieść, że cały świat zginie pewnego dnia: w dzień Ragnaroku. zagłady bogów, w dzień ostatniej wielkiej bitwy. Baldr nie żył i nie żył Mód. Loki był w pętach. Walhalla zapełniała się wybranymi bohaterami. Asgard przesłaniały cienie, w Jotunheimie- olbrzymi burzyli się i odgrażali. Mieszkańcy Midgardu zwrócili się ku złu. którego nauczył ich Loki. pieniła się wśród nich zdrada, chciwość i pycha.
Odin wiedział wiele o l y m, co miało nastąpić w dzień Ragnaroku. pewnych spraw jednakże nie znal, bo nawet on nie mógł przewidzieć przyszłości. Gdyby Norny znały tajemnicę, nie chciałyby jej wyjawić. Ale one miały przecież snuć przędziwo losów każdego człowieka z osobna, nie zaś losów całego świata.
Od czasu do czasu rodziły się i umierały dziwne kobiety, widzące przyszłość -przeważnie niedaleką, a i to dotyczyło spraw mało ważnych. Przychodziły jednak na świat i takie, co posiadały potężniejszy dar widzenia. Taką była zmarła Volva. która Odin wywołał z grobu, aby mu powiedziała o śmierci Hoda. Podobna jej urodziła się i żyła w Midgardzie. Nazywała się Heid i słynęła z daru proroctwa.
Siedząc na Hlidskjalfie, skąd mógł zobaczyć wszystko, co działo się w dziewięciu światach, Odin obserwował Heid, mądrą prorokinię, jak wędrowała od domu do domu. i nagle pojął, że jest to ktoś mądrzejszy nawet od Volvy. kto może mu odkryć najcenniejsze tajemnice.
Zstąpił więc do Midgardu w swym zwykłym przebraniu, w szerokoskrzydłym kapeluszu, w błękitnym płaszczu, z wysoką laską. Zanim wyruszył na poszukiwanie Heid, odwiedziły ją walkirie, przynosząc dary, jakie zwykli dawać panowie Asgardu: przebiegłe zaklęcia pomagające odnaleźć skarby, kalendarze runiczne i wieszcze różdżki.
Odin stanął przed Heid, gdy siedziała samotnie przed pieczara, patrząc na rozlegle równiny Danii i błękitne wody Sundu.
Stanął przed nią jako .człowiek, przynosząc jej w darze pierścienie i bransolety i prosząc, aby odsłoniła mu przyszłość. Ale prorokini poznała Asa od razu i przemówiła głębokim, przejmującym głosem:
- Czego chcesz ode mnie? Dlaczego mnie kusisz? Wiem wszystko Odinie, o tak wiem, że schowałeś swoje oko w świętym źródle Mimiru. Widzę wszystko: zarówno początek świata, jak i jego koniec. Widzę Ginnungagap, ziejącą pustkę, nim synowie Bora wydźwignęli z niej Ziemię. Znam olbrzyma Ymira i krowę Audumlę... Widzę strzałę śmierci, jemiołę, którą Loki ściął z drzewa; oszczep, który przebił serce Baldra. i Frigg płaczącą w Fensalir.
-Znasz przeszłość, a tę i ja także znam -rzekł Odin. -Ale spójrz w przyszłość, ponieważ posiadasz ten dar i tylko ty jedna go posiadasz, mądra Heid, ty, którą my w Asgardzie nazywamy Volla. Spójrz i powiedz mi o końcu świata. Powiedz mi o Ragnaroku i wielkiej bitwie na równinie Vigrid.
Potem stanął za Heid i wzniósł ręce nad jej głową szepcąc runiczne zaklęcia mądrości, tak aby jego mądrość zmieszała się z jej mądrością.
Oczy Heid rozszerzyły się i wypełniły pustką, gdy spoglądała na ziemię i wodę, nie widząc ani ziemi, ani wody, tylko rzeczy niewidzialne.
-Nadejdzie straszliwa zima Fimbul -zawołała -kiedy człowiecze zło dojdzie do szczytu. Drut zabije brata, syn nic oszczędzi ojca, ludzie zatracą swą godność.
Tej strasznej zimy szaleć będą śnieżne zawieje, mróz nieustępliwy zetnie ziemię, rozhulają się ostre wiatry, a słońce nie da ciepła. Ta zima Fimbul będzie trwać trzy lata.
Na wschodzie, w żelaznym lesie, siedzi zgrzybiała wiedźma, lęgną się szczenięta Fenrira i wilk. który połknie słońce. Jego strawą będzie życie przeznaczonych na śmierć ziemian, których krwią spryska niebiosa.
Ragnarok się zbliża: widzę go w dniach, które maja nadejść, daleko. Jednak dla mnie. jasnowidzącej, jest tak. jakby len dzień był dzisiaj, i wszystko z przyszłości, co widzę, rozgrywa się przed moimi oczyma, widzę to i mówię tobie co widzę i słyszę, co staje przed moimi oczyma, jak gdyby przyszłość i teraźniejszość były jednym.
Widzę wilka Skolla, który w tym dalekim dniu połknie słońce... i księżyc leż zaginie, a gwiazdy zbryzga krew. Ziemia się trzęsie, drzewa i skały padają i wszystko niszczeje.
Daleko w Jotunheimie czerwony kogut Fjalar głośno pieje. Inny kogut złotopióry pieje nad Asgardem. Wszystkie więzy zostają zerwane, wilk Fenrir wyrwał się na wolność, morze wdziera się na ląd. a Jormungand, wąż Midgardu wypływa na brzeg. Zrywa się z kotwicy statek Naglfar. Zrobiony jest z paznokci zmarłych, a więc kiedy mąż umiera, obcinajcie mu paznokcie, żeby długo budowano statek. Ale teraz widzę, jak unosi się po wodach potopu, a kieruje nim olbrzym Hymir, Fenrir zbliża się, rozdziawiwszy paszczę, Jormundgand zaś rozpryskuje truciznę po morzu i powietrzu. Jest straszny, gdy pojawia się obok Fenrira...
Rozwierają się niebiosa i w płomieniach schodzą z nich synowie MuspeII. Prowadzi ich Surt z ognistym mieczem, a kiedy jadą po Bifroście, most załamuje się pod nimi i spada na ziemię potrzaskany w kawałki. Loki także jest wolny i spieszy na równinę Vigrid. Obaj z Hymirem wiodą na bitwę olbrzymów szronu, wszyscy poplecznicy Hel idą za Lokim. Garm, pies piekieł, szczeka zajadle przed pieczarą Gnipa, a jego pysk lśni krwią.
Słyszę, jak Heimdall we wrotach Asgardu trąbi na rogu Gjallar. Jego głos czysty i ostry rozbrzmiewa po wszystkich światach, otrąbiając Dzień Ragnaroku. Gromadzą się Asowie, Odin po raz ostatni jedzie do źródła Mimira. Drży Yggdrasil. drzewo świata, niebiosa i ziemia.
A teraz widzę, jak Asowie kładą zbroje i jadą na pole bitwy. Pierwszy jedzie Odin w złotym hełmie i jasnej zbroi, na rumaku Sleipnirze. z oszczepem Gungnirem w ręku. Jedzie na wilka Fenrira. Thor jest u jego boku, wymachując Mjollnirem, ale nie może nie pomóc Odinowi, bo poświęca wszystkie siły walce z Jormungandem. Frey walczy przeciw Surtowi, bój trwa długo. w końcu Frey pada. Ach, nie poległby, gdyby miał w dłoni swój miecz. Ale oddał go Skirnirowi. Och, jak głośno szczeka Garm w pieczarze Gnipa! Teraz się zerwał i napadł na Tyra. O, gdyby Tyr miał dwie ręce, trudno byłoby Garmowi go kąsać, ale teraz jeden drugiego kładzie trupem.
Thor zabija węża Midgardu. jest to czyn tak wielki, że równego mu nie dokonał nikt przedtem i nikt nie dokona później. Odchodzi od miejsca swej walki, ale po dziewięciu krokach pada na ziemię, bo potężny jest jad. którym prysnął na niego Jormungand.
Odin i Fenrir wciąż się zmagają ze sobą, ale w końcu wilk odnosi zwycięstwo i pożera Odina. Vidar śpieszy pomścić ojca i stawia stopy na dolnej szczęce Fenrira. Chroni jego nogę but ze skrawków ludzkiej skóry, ścinanej z pięt. Toteż jeżeli człowiek chce pomóc Asom. powinien ją często ścinać i odrzucać. Vidar chwyta za szczęki wilka i rozdziera mu paszcze. Taki jest koniec Fenrira.
Loki toczy bój z Heimdallem, zabijają się nawzajem i obaj padają na ziemio.
Surt rzuca ogień na ziemie; i świat ginie w pożodze. Zstępuje ciemność i nie widzę już nic więcej.
Glos Heid cichnie. Ale nadal siedzi nieruchomo i wbija wzrok w próżnię, oglądając przyszłość szeroko otwartymi, nieprzytomnymi oczyma.
Stojącemu za nią Odinowi wydaje się, że stopniowo, powoli, spływa w niego sita prorokini. Jego własne oko przesłania mgła i mrok... potem nagle patrzy dwojgiem oczu -dwojgiem oczu Heid, me własnych.
Początkowo ukazuje mu się tylko niezmierzone rozlewisko wód, spienionych, kłębiących się po całym świecie. Na jego oczach z wód wynurza się nowa ziemia, zielona, owocująca, pokryta iglastymi lasami, jasnymi lakami, roześmiana w blasku nowego słońca. Wkrótce wody opadają, powstają szerokie rzeki, błyszczące wodospady i nowe błękitne morze wokół lądów.
Po jakimś czasie na równinach Idy, gdzie przedtem leżał Asgard, Odin widzi Vidara i Valego, dwóch Asów. którzy przeżyli Ragnarok. Zbliża się ku nim dwóch synów Thora, Magni i Modi, niosąc Mjollnir. Otwiera się ziemia i z Helheimu wychodzi piękny Baldr. trzymając za rękę brata Hoda.
Siadają razem i rozmawiają o wszystkim, co się zdarzyło, o tym, że nie ma już Fenrira ani Jormunganda, że przepadło wszelkie zło. Potem dostrzegają błyszczące wśród traw i kwiatów stare, zrobione ze złota figury szachowe Asów i zebrawszy je zaczynają znowu grać na szachownicy życia.
Z Vanaheimu przychodzi do nich Honir, niosąc nowym Asom wielką mądrość. Na jego skinienie powstają na równinie Idy błyszczące pałace, które czekają na dusze zmarłych ludzi z Midgardu.
Bo do Midgardu także wraca życie. Na wzgórzu Hoddmimira. w jaskini, ocalało przed ogniem Surta dwoje ludzi, mężczyzna i kobieta. Lif i Lifthrasir. Zbudzili się. Poranna rosa zaspokoiła ich głód. Po latach urodziło się im wiele dzieci, Midgard zaludnił się znowu, urodziły się też dzieci na Nowym Asgardzie, który nazywał się Gimle, łąka klejnotów, i miał pałace kryte słomą ze złota. Tutaj wybrani spośród ludzi zmieszali się z nową rasą Asów. Nowe słońce lśniło jasno, nowy świat wypełniało światło i pieśń.
Odin zapłakał z radości, a nim otarł łzy, widzenie zbladło, utonęło w szarości zimnego świata Północy, który jeszcze czeka na Ragnarok. Wiatr zawodził po śnieżnych równinach, wilki wyły w pustych górach, po morzu sunęła długa łódź, obwieszona tarczami, a w niej płynęli wikingowie, by rabować, zabijać i wzniecać pożogę...
Siara prorokini siedziała samotnic przed pieczarą, śpiewając słowa Voluspa, pieśni proroctw, najpiękniejszej ze wszystkich północnych pieśni, jakie jeszcze pamiętają ludzie.
Odin zaś spokojnie szedł przez Midgard aż do mostu Bifrost, u którego lśniącego łuku stał na straży Heimdall. Przyniósł swą dobrą nowinę do Asgardu.
Znał teraz znaczenie tajemniczych słów. które szepnął w ucho Baldrowi, gdy jego zmarły syn leżał na pogrzebowym stosie. Słów: “powtórne narodziny”, które miały przynieść pociechę i nadzieję ludziom w Midgardzte i bogom w Asgardzie.
-------------------------------

Może jeszcze coś znajdę w internecie co można wkleić w tym temacie- zobaczymy.

Miłego czytania :twisted: 8)

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: poniedziałek, 5.03.2007, 10:05 
Offline
obserwator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): środa, 23.11.2005, 0:23
Posty: 44
Lokalizacja: Chełmek- Posłannicy Chorsa:D
Ach, widze, ze zaglebiamy sie w mitologie nordycka:)pochwalam, aczkolwiek dlaczego zaczynamy jakos od srodka-a gdzie poczatki?Tytulem uzupelnienia zamieszczam krotki tekst o powstaniu swiata.
Ps poniewaz nie jest on mojego autorstwa-na koncu w nawiasie pseudonim prawdopodobnego autora(badz poprostu osoby, ktora umiescila go w necie, dokladnie nie jestem pewna;) ). Zycze milej lektury:D

Powstanie świata

"... Na początku nie było nic, jedynie Gyinungagap (co znaczy próżnia bądź otchłań). Później zaś był Nilfheim, świat gdzie rządzi mróz. Na południu był Muspelheim, miejsce, gdzie Surt z płonącym ostrzem sprawuje swe rządy. Przyjdzie on na końcu wieków aby wojować z bogami..."

Pośrodku Niheimu jest źródło, zwane Hwergelmer. Z niego to wyplywa wiele rzek, jedna z nich Elivlgor oddaliła się na tyle daleko, że zamarzła, wypełniając od północnej strony Gyinungagap.

Gdy zawiał ciepły południowy wiatr lód zaczął topnieć. Z tych kropli powstały dwa wielkie byty Ymer i krowa Audumbla. Z jej wymienia popłyneły na pokarm dla Ymera- cztery mleczne rzeki; krowa Audumbla żywiła się liżąc lód i kamienie okryte solą.

Ymer (był ojcem olbrzymów, którzy powstali z jego nóg) śpiac spocił się, a z pod jego pachy wyszedł Bure, którego syn Bore poślubił córkę olbrzyma Baldorna. Mieli onie trzech synów: Odina, Vile i Ve- protoplaści dynstii Asów.

Synowie Bore zabili Ymera. Zwłoki Ymera wyciągneli na środek Gyinungagap. Z ciała Ymera zrobili Ziemię, z krwi Wodę, z wlosów Trawę, z kosci Ymera uczynili Góry, z czaszki zaś Niebo, które oparli na olbrzymim drzewie Yggdrasil, zwanym drzewem światów. Z brwi Ymera zbudowali w środku Ziemi Gród średni, czyli Midgrad, który mial chronic przed Olbrzymami. Potem rzucili mózg Ymera wysoko w powietrze i tak powstały chmury. Zaczerpneli nastepnie synowie Bore ogień z Muspelheimu i utworzyli Słońce, Gwiazdy i Ksieżyc.

Olbrzym Niorfe miał córke Notte, czyli Noc. Z Nocy zrodził sie Dagur, czyli Dzień. Noc i Dzień otrzymały wozy do objeżdzania Ziemi. Najpierw jedzie Noc; koń Nocy zwie się Zmarzła Grzywa, z jego wędzideł kapie rosa poranna i wieczorna. Na północnych granicach Nieba zamieszkał olbrzym Hräswelgur, czyli ścierwojad. Ma on skrzyła orła. Gdy uleci i pocznie nimi machać, powstaje wiatr.

Krażąc po morzu synowie Bore znalezli dwie kłody drzewa. Wzieli je do rąk i uczynili z nich ludzi. Jeden z synów Bore dal im dusze i życie, drugi - mądrość i chęć działania, trzeci - mowę, słuch i wzrok. Oddzielili ich, nazwali jednego mężczyzną Askur, co znaczy Jesion, drugiego człowieka niewiastę - Embla, co znaczy Olsza. Od nich to począł sie cały ród ludzki, który zamieszkal w Midgradzie.

Teraz synowie Bore zbudowali na środku świata Asgard, w którym to zamieszkali bogowie i ich potomstwo. Odin pojął za żonę boginię Frigg. Z ich potomstwa wywodzą się inni bogowie z rodu Asów.

Był też Wanaheim siedziba bogów zwanych Wanami. Byli to bogowie mający we władaniu siły powietrza i przyrody. Po wyniszczajacej wojnie z Asami Wanowie postanowili zawrzeć pokój. W tym celu stworzyli Njorda i oddali go Asom. Zostal on przyjęty w ich poczet i odtąd władał wiatrem, burzą i ogniem. Njord pojął za żonę Skadi, z którą dochował się dwójki prześlicznych blizniaków - Freyi i Freya.


Co dzień zasiadają bogowie pod Yggdrasil, aby sprawowac sądy. W Asgardzie jest wiele pieknych miejsc. Ale na końcu znajduje się jednak najpiękniejsze, światlejsze od Słońca. Nazywa sie ono Gimle. Ziemia i Niebo przeminę, ale Gimle trwać będzie wiecznie. Dobrzy i Sprawiedliwi ludzie na wieki w nim zamieszkają..."
/Visarich/

_________________
Kuka voi itsensä voittaa, ei koskaan häviä


Góra
 Zobacz profil  
 
PostNapisane: niedziela, 15.04.2007, 11:13 
Offline
obserwator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): środa, 23.11.2005, 0:23
Posty: 44
Lokalizacja: Chełmek- Posłannicy Chorsa:D
MARIA MIŚKIEWICZ

JAK WĘDROWALI SŁOWIANIE?
Artykuł pochodzi z "Wiedzy i Życia" nr 4/1999

W CIĄGU KILKUSET LAT SŁOWIANIE ZAJĘLI WIELKIE OBSZARY EUROPY, JUŻ W VII WIEKU POWSTAŁO PIERWSZE PAŃSTWO SŁOWIAŃSKIE, TZW. PAŃSTWO SAMONA. W JAKI SPOSÓB OSIEDLALI SIĘ NA NOWYCH TERENACH?

Starożytni pisarze w VI wieku często wspominają o Słowianach. Znają nazwę własną całego ludu (Sklawinowie lub Sklawowie), a także nazwę jego wschodniego odłamu -Antowie. Ze źródeł wynika, że w początkach wędrówek Słowian ich kultura była niezwykle jednolita. W greckim dziele z przełomu VI i VII wieku, zatytułowanym Strategikon (Taktyka), nieznany z imienia autor, zwany Pseudo-Maurycym, zauważał, że plemiona Sklawów i Antów mają podobny sposób życia i postępowania. Pisał też o nich: wszyscy mieszkają w lasach, wśród bagien; mają w stogach niezliczoną ilość prosa i beru; pędząc życie łupieskie, lubią urządzać napady na swoich wrogów; gdy zajdzie między nimi różnica zdań, wówczas [...] w ogóle nie mogą dojść do zgody [...] jako, że każdy myśli co innego i żaden nie chce ustąpić drugiemu.

Prokop z Cezarei, VI-wieczny historyk bizantyjski, w swojej Historii wojen wspominał o wspólnym języku Słowian, który był niesłychanie barbarzyński, a o ich wierzeniach pisał: wszyscy oddają cześć jednemu bogu, twórcy błyskawicy; wspominał również o ustroju: żyją w ludowładztwie. Arab Ibn Rosteh, żyjący w X wieku, na podstawie Relacji anonimowej z IX wieku zauważał: Jeśli ktoś z nich umrze, palą go w ogniu.

Przekazy starożytnych o Słowianach często nie są wolne od głębszej refleksji: dla przybywających do nich są życzliwi; nie są z gruntu niegodziwi; umiejętnie radzą sobie w boju, szczególnie w trudno dostępnym terenie. Ale sama myśl o zetknięciu się z nimi budziła przerażenie: srożyli się przez całe lato; horda tak wielka, jak nigdy dotąd, paliła, pustoszyła i rabowała.

Z zapisków historycznych i kronik wiemy, że w VI--VIII wieku Słowianie zajęli prawie całą Europę Wschodnią, część Europy Środkowej i Europę Południową aż po Peloponez, dotarli nawet do Azji Mniejszej. Na zachodzie graniczyli z Italią i państwem Franków, na północy ścierali się z duńskimi i szwedzkimi Wikingami, walczyli z plemionami bałtyjskimi (np. Jaćwingami) i ugrofińskimi (Mordwą, Merią i Muromem). Źródła pisane odnoszą się przede wszystkim do okresu, w którym Słowianie pojawiali się na terenach dotychczas przez nich nie zasiedlonych. Jak wyglądały ich wędrówki? Kto je podejmował? W jaki sposób w tak krótkim czasie Słowianie zajęli znaczne obszary Europy?

Słowianie przemieszczali się na dwa sposoby. Najpierw podejmowali wyprawy łupieżcze, nękające miejscową ludność. W wyprawach tych mogli uczestniczyć Słowianie wywodzący się z obszarów pogranicznych, w jakiejś mierze "zachęceni" sąsiedztwem bogatego Bizancjum, powoli słabnącego jako imperium, a wobec tego stosunkowo łatwego do militarnej penetracji. Sprzymierzanie się różnych grup Słowian w tych napaściach z innymi grupami etnicznymi, na przykład z turskimi Awarami, jest poświadczone w źródłach pisanych, badania archeologiczne również potwierdzają istnienie okresu współżycia obu ludów (wspólne osady na Węgrzech czy cmentarzyska awarosłowiańskie na Słowacji).

W najazdach na Bizancjum w VII wieku mogli też uczestniczyć sami Słowianie, prowadzeni przez swych przywódców, mogli również być najmowani do drużyn łupieżczych przez obcych wodzów. Po zagarnięciu łupów wycofywali się "do siebie" - na tereny już przez nich zasiedlone.

Po wyprawach łupieżczych następowała powolna migracja większych grup, kolonizujących nowe obszary. Jest to drugi sposób wędrówek Słowian. Znaleziska archeologiczne, typowe dla kultur wczesnosłowiańskich, wskazują, że przesuwali się oni ze wschodu na zachód, poczynając od północnej części Niziny Środkowodunajskiej (druga połowa V wieku), przez Morawy i Czechy (VI wiek), po środkową Łabę i Soławę (przełom VI i VII wieku).

Słowianie przybywali na tereny już zajęte przez, nieliczną co prawda, ludność prowincji rzymskich, a także Germanów i Hunów. Grupy osiedleńcze Słowian rozpoczynały współzamieszkiwanie z nimi w sposób dość niezwykły. Archeologowie odkryli mianowicie w osadach tej starszej, miejscowej ludności typowe dla kultury słowiańskiej półziemianki z piecem w narożniku oraz ceramikę - naczynia lepione ręcznie bez ornamentu, tzw. typu praskiego. Poświadczają to wyniki wykopalisk w Kodyniu nad Prutem czy w Brzeźnie wpółnocno-zachodnich Czechach. W tej ostatniej miejscowości odsłonięto współczesne sobie obiekty mieszkalne kultury germańskiej i wczesnosłowiańskiej. Również w Bizorendzie w woj. świętokrzyskim obok późnorzymskich naczyń znaleziono ceramikę typu praskiego.

Prawdopodobnie więc Słowianie, którzy przybywali na dane terytorium, podejmowali współpracę z miejscową ludnością. W tej fazie zasiedlania jakiegoś terenu musieli liczyć się z dawniejszymi osadnikami, nie przystępowali do ich eksterminacji fizycznej. Wspomniane wyprawy łupieżcze, o których źródła piszą, że Słowianie srożyli się, łupili, nawet z łupami zimowali na obczyźnie, podejmowane były na obrzeżach terenów, zajmowanych w owych powolnych, pokojowych migracjach.

Z biegiem czasu zanikały cechy dawniejszego osadnictwa ludności miejscowej, które zastępował wczesnosłowiański model kulturowy. Dość szybko zaczął się on jednak znacznie różnicować. Najlepiej widać to w zmianach zachodzących w obrządku pogrzebowym. Typy pochówków słowiańskich z początków ich osiedlenia w Europie były również zróżnicowane co do formy, lecz jednolite, jeśli chodzi o traktowanie ciała - wszędzie bowiem panowało ciałopalenie. Natomiast już na początku VII wieku na terenach zasiedlanych przez Słowian pojawiają się pochówki szkieletowe. Zwyczaj ten przejęty został od Awarów (co najpełniej chyba widać na terenie Słowacji), od Franków (Dalmacja), a także był efektem ścierania się różnych wpływów, nie wyłączając frankońskich, chrześcijańskich i judaistycznych (Serbia). Z czasem na niektórych terenach zanika zwyczaj ciałopalenia, co świadczy o postępującej stabilizacji osadniczej Słowian.

Kierunki wędrówek słowiańskich w VI--VII wieku (wg Z. Vána, Świat dawnych Słowian. Artia Interpress 1985)
Obrazek

Starożytni zauważali, że na północ od Dunaju istniało osadnictwo Słowian.O tych terenach i ich słowiańskich mieszkańcach pisali: Plemiona Antówi Sklawów są nawykłe do wolności, są bardzo liczni; mieszkają w nędznych chatach rozsiedleni z dala jedni od drugich; nie dadzą się ujarzmić na własnej ziemi. Żyjący w VI wieku Jordanes, opisując historię Gotów, notował, że poczynając od rzeki Wiskla rozsiadł się liczny naród Wenedów, głównie teraz nazywany Antami i Sklawinami. Zdawał więc sobie sprawę, że za Dunajem znajdowali się już osiadli Słowianie i od nich wychodziły dalsze wyprawy łupieżcze na południe.

Skoro w źródłach pisanych Słowianie byli wyróżniani jako odrębny lud, musieli stanowić zwartą grupę. Jak bardzo zwartą - to kwestia do dyskusji, ale mówili jednym językiem, mieli wspólną charakterystyczną kulturę materialną, podobną gospodarkę, system społeczny i wierzenia.

Jak wspomniałam, w najwcześniejszych osiedlach Słowian z okresu wędrówek na nowe tereny można zauważyć ich koegzystencję z innymi grupami etnicznymi. Jednak w miarę upływu czasu następowało "zeslawizowanie" dawniejszej ludności i powolny zanik ich kultury. Świadczyć to może o liczebności grup Słowian, którzy niejako fizycznie wypierali poprzednich mieszkańców. Nie byłaby to więc adaptacja dawnych osadników do obcych, czyli słowiańskich, wzorów, a raczej proces ich zanikania wśród potężniejących mas Słowian. Proces ten toczył się stosunkowo szybko -wystarczało około 100 lat do umocnienia się Słowian i pełnego zapanowania ich kultury na jakimś obszarze.

W początkowym okresie osadnictwo Słowian było dość rozrzedzone, a osiedla przez nich zakładane liczyły niewiele chat. Tak było nie tylko na najstarszym obszarze ich występowania, czyli na południe od Prypeci, w prawobrzeżnej części dorzecza środkowego Dniepru. Podobnie - na terenie Wołoszczyzny, w Rumunii, w Bułgarii, gdzie po przekroczeniu Dunaju Słowianie zakładali niewielkie osady, zamieszkane przez najwyżej kilkudziesięcioosobowe grupy. Podobnie też wygląda najstarsze osadnictwo Słowian zachodnich na ziemiach Polski, Czech, międzyrzecza Odry i Łaby.

Dlaczego miejscowa ludność pozwalała im na osiedlanie się? I z tym się godziła? Niektórzy sądzą, że skoro model kultury Słowian został przyjęty przez inne ludy, był dla nich atrakcyjny, skoro w efekcie został zaakceptowany. Sądzę, że jedynie był on możliwy do przyjęcia, łączył się bowiem z dawno znanym na tych terytoriach i sprawdzonym modelem gospodarki rolniczo-hodowlanej różnych grup plemiennych.

Językiem panującym na tych obszarach stał się język słowiański. Początkowo plemiona Słowian nie były zbyt liczne, zatem na nowych terenach musiał następować szybki wzrost ich populacji, co doprowadziło do "zeslawizowania" językowego dawniejszej miejscowej ludności. Jest to bardzo prawdopodobne, gdyż Słowianie właśnie w drugiej połowie I tysiąclecia masowo przechodzili na przemienno-odłogową uprawę ziemi, system dla nich nowy w stosunku do dawniej stosowanej uprawy wypaleniskowej. Wpływało to na stabilizację osadnictwa, wzrost plonów, a więc w konsekwencji wzrost dobrobytu i - wzrost demograficzny. Od miejscowych Słowianie przejmowali uprawy nowych roślin (np. winorośli) czy specyficzne metody obróbki ziemi, dotychczas przez nich nie stosowane (np. nawadnianie).

O wędrówkach Słowian nadal wiemy bardzo niewiele. W dalszym ciągu na rozstrzygnięcie czeka zagadnienie, gdzie znajdowały się ich pierwotne siedziby- zapewne w górnej części dorzecza Dniepru, na pograniczu z ludami bałtyjskimi (których języki wykazują liczne związki z językami słowiańskimi). Ostatnio z przodkami Słowian utożsamia się m.in. przedstawicieli archeologicznej kultury kijowskiej (II-V w. n.e.), obejmującej strefę leśną i lasostepową prawobrzeżnej części dorzecza Dniepru. W V wieku najstarsze ślady kultury Słowian znajdowane są w dorzeczu Bohu i Dniestru oraz na południe od Prypeci,wzdłuż prawych dopływów Dniepru.

Kolejnym zadaniem dla archeologów będzie określenie, jak liczne były migrujące grupy. Kompleksowe badania mikroregionalne, obejmujące rozpoznanie całości osadnictwa w odpowiednich przedziałach czasowych, pozwolą na odtworzenie liczebności grup użytkujących osady i cmentarze. Wydaje się, że nauka polska będzie miała tu istotny wkład. Od lat bowiem realizuje się w naszym kraju program pod nazwą Archeologiczne Zdjęcie Polski, którego celem jest odtworzenie starożytnej sieci osadniczej. Prace terenowe są już na ukończeniu, niedługo przyjdzie czas na ich analizę. Wówczas będzie można pokusić się o odtworzenie różnych procesów dziejowych, także historii Słowian i ich wkładu w kulturę wczesnośredniowiecznej Europy.

Rys. Lidia Kobylińska

Prof. MARIA MIŚKIEWICZ jest wykładowcą w Akademii Teologii Katolickieji kuratorem w Państwowym Muzeum Archeologicznym. [/img]

_________________
Kuka voi itsensä voittaa, ei koskaan häviä


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: wtorek, 29.05.2007, 14:01 
Offline
obserwator
Avatar użytkownika

Dołączył(a): środa, 23.11.2005, 0:23
Posty: 44
Lokalizacja: Chełmek- Posłannicy Chorsa:D
Temat stanal:(?Dla zainteresowanych Saga o Nibelungach Karla Treumunda do przeslania na maila. Kto chetny, prosze zostawic pw.

_________________
Kuka voi itsensä voittaa, ei koskaan häviä


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: środa, 18.07.2007, 21:17 
Offline
obserwator

Dołączył(a): czwartek, 12.07.2007, 11:28
Posty: 36
Lokalizacja: Chełm Śląski
Widze ze temat stanal w miejscu, takze zaczne od pytania :) Powiedzcie mi dlaczego zdecydowaliscie sie na taki herb. Nie ma on zbyt wiele wspolnego z nazwa drozyny (bo do tematyki to pasuje idealnie :D ) takze co sklonilo was do jego wyboru?

_________________
Viljiđ tćr hoyra kvćđi mítt,
viljiđ tćr orđum trúgva,
um hann Ólav Tryggvason,
hagar skal ríman snúgva


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: czwartek, 19.07.2007, 8:26 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): sobota, 13.11.2004, 10:36
Posty: 316
Lokalizacja: Posłannicy Chorsa / Chełmek
Nie ma nic wspólnego z nazwą drużyny? Na pewno ma dużo wspólnego z tym co robimy;) Taki ładny wikiński symbol, pochodzący o ile się nie mylę z jakiegoś kamienia runicznego, postaram się znaleźć zdjęcie tegoż kamienia. Oczywiście historia tego jak ten symbol stał się naszym "herbem" nie jest tak ladna;p Po prostu dobrze wyglądał na projekcie koszulki:D Potem wyszło tak, że zaczęliśmy jeździć konno u Roberta i symbol z konnym wojownikiem okazał się jak najbardziej trafny, więc tak już się przyjęło.

_________________
- 'Tomek!!! Tomek!!! ten blondas z długimi włosami , ten Kacu z jakiejś łodzi wyskakuje!!!'
- "Gdyby wszyscy byli bogaci... nikt nie chciałby wiosłować" - przysłowie norweskie
- Rynek karmi się tymi, którzy sądzą, że są od niego mądrzejsi.


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: czwartek, 19.07.2007, 12:06 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
Ten rysunek to Odyn na Sleipnirze, malowidło z kamienia runicznego z Gotlandii, Szwecja

zaglądnijcie sobie na strony

http://ateista.pl/articles.php?id=78

http://www.eioba.com/a2550/wierzenia_skandynawskie

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: czwartek, 19.07.2007, 16:13 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
Ot i kamień runiczny

Obrazek


Podaje jeszcze parę linków do poprzeglądania

http://commons.wikimedia.org/wiki/Image ... eipnir.jpg

http://www.religionfacts.com/a-z-religi ... asatru.htm

http://www.paranormalium.pl/artykul.php?id=15

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Ostatnio edytowano czwartek, 23.08.2007, 9:32 przez Baldwin, łącznie edytowano 2 razy

Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: poniedziałek, 20.08.2007, 11:30 
Offline
obserwator

Dołączył(a): czwartek, 12.07.2007, 11:28
Posty: 36
Lokalizacja: Chełm Śląski
Jak obiecalem :)

http://www.vishet.go.pl/

Spis ksiazek o tematyce skandynawskiej przetlumaczonych na Polski

_________________
Viljiđ tćr hoyra kvćđi mítt,
viljiđ tćr orđum trúgva,
um hann Ólav Tryggvason,
hagar skal ríman snúgva


Góra
 Zobacz profil  
 
 Tytuł:
PostNapisane: czwartek, 23.08.2007, 9:34 
Offline
prawie tu mieszka
Avatar użytkownika

Dołączył(a): czwartek, 25.05.2006, 14:11
Posty: 470
Lokalizacja: Oświęcim
Pieśń: " GRIMNIRA PIEŚŃ (GRIMNISMÁL)"

link: http://www.poema.art.pl/site/itm_70353.html


GRIMNIRA PIEŚŃ (GRIMNISMÁL)

Król Hraudung miał dwóch synów, zwał się jeden Agnar, a drugi Geirröd. Agnar miał dziesięć zim, Geirröd osiem zim, obydwaj wypłynęli łodzią na ryby, każdy miał swoją wędkę. Wiatr popędził ich na morze. W ciemnościach nocy rozbiła się łódź o skały nadbrzeżne, oni jednak wyszli na ląd i znaleźli jakiegoś osadnika; pozostali u niego przez zimę. Gospodyni wychowywała Agnara, gospodarz zaś Geirröda - i dawał mu rady. Na wiosnę postarał im się gospodarz o statek, a gdy potem wraz z swoją kobietą odprowadzał ich na wybrzeże, rozmawiał jeszcze z Geirrödem na osobności. Powiał pomyślny wiatr i przybyli do przystani swego ojca. Geirröd był u dziobu łodzi, skoczył na ląd i natychmiast odepchnął statek ze słowami: "Jedż, i niech cię licho porwie!". Statek popędził na morze. Geirröd natomiast poszedł pod górę do grodu. Przyjęto go dobrze, ojciec jego jednak już nie żył. Geirröd został obrany królem i stał się sławnym mężem.
Odin i Frigg tronowali na Hildskjalfie i przyglądali się wszystkim światom. Odin rzekł: "Czy widzisz Agnara, twego wychowanka, jak siedzi w piekle i płodzi dzieci z jakąś Olbrzymką? Natomiast Geirröd mój wychowanek jest królem i rządzi krajem". Frigg rzekła: "On jest tak podłym skąpcem, że katuje gości swoich, jeżeli ich za wielu przychodzi". Odin rzekł, że to wierutne kłamstwo; poszli o zakład. Frigg wysłała swoją dworkę, Fullę, do Geirröda, aby ostrzegła króla, by miał się na baczności i nie dał urzec czarownikowi, który tam wylądował; powiedziała, że poznać go można po tym, że żaden pies, choćby najzajadlejszy, nie rzuci się na niego.
Było to jednak najstraszniejsze oszczerstwo - owo oskarżenie Geirröda o niegościnność. Przez nie kazał schwytać owego przybysza, którego psy nie chciały kąsać. Odziany był w płaszcz błękitny i mienił się Grimnir, nic jednak więcej o sobie nie powiedział, choć go pytano. Król posłał go więc na męki, aby wyznał prawdę, kazał go posadzić między dwa ognie, siedział tam tak przez osiem dni i nocy.
Geirröd miał syna dziesięcioletniego, na imię było mu Agnar, jak niegdyś jego bratu. Agnar poszedł do Grimnira i podał mu róg pełen napoju i powiedział, że krół źle czyni, męcząc niewinnego. Grimnir wypił; wtedy ogień rozciągnął się już tak, że kożuch jął się palić na nim.

Wtedy zaczął śpiewać:
1. Gorącyś, ty, niszczycielu! i zbyt wielki;
Idź precz ode mnie, płomieniu!
Przysmala futro, choć je unoszę,
Pali się cały kożuch.

2. Osiem nocy tu między ogniami siedzę,
Nikt pożywienia mi nie dał,
Jedynie Agnar, on będzie rządził
- Geiröda syn - Gotami.

3. Błogosławion bądź, Agnar! błogosławieństwa
Wszelakiego Weratyr ci użycza,
Za róg napoju nie otrzymasz nigdy
Lepszej nagrody.

4. Święta jest ziemia, co należy
Do Asów i Alfów;
A w Thrudheimie Thor trwać będzie
Aż do upadku bogów.

5. Ydalir są doliny, gdzie sobie Ullr
Swoje pobudował sale;
A Frey od bogów Alfheim dostał,
Gdy pierwszy ząbek mu wyrósł.

6. Siedziba jest trzecia, gdzie dobrotliwe bogi
Srebrem pokryły sale;
Walaskjalf zwie się ten dwór, wielką pobudował go sztuką
Któryś z Asów w zaraniu dni.

7. Czwarta siedziba - Sökkwabekk, tam strumień
Cichą falą szumi,
Z niego Odin i Saga radzi piją co dnia
W złotych pucharach.

8. Gladsheim jest piąty, gdzie zlotem lśniąca
Walhalla obszerna się mieści,
A Hropt tam co dnia tych wybiera,
Co od miecza zginąć mają.

9. Ci, co do dworu Odina śpieszą,
Wraz go rozpoznają;
Trzony dzid ściany tworzą, tarcze kryją dach,
Na ławach leżą pancerze.

10. Ci, co do dworu Odina śpieszą,
Wraz go rozpoznają;
Wilk na zachód od bramy wisi,
Orzeł schyla sie nad nim.

11. Thrymheim jest szósty, gdzie Thjazi żył,
Potężny Olbrzym,
Teraz mieszka Skadi, jasna bogów córa,
W obejściu ojca.

12. Breidablik jest siódmy, gdzie Baldr budował
Sobie swoje sale:
W tym kraju, gdzie - wiem -
Nigdy nie było swawoli.

13. Himinbjörg jest ósmy, gdzie Heimdall gospodarzy
Świątyń pilnuje,
Tam bogów stróż w spokojnej zagrodzie
Wesół dobry miód popija.

14. Folkwang jest dziewiąty, a tam Freyja rządzi,
I miejsca w sali wyznacza:
Połowa poległych jej przypada co dzień,
Połowa - Odinowi.

15. Glitnir jest dziesiąty, złote ma podpory,
Srebrem dach jest kryty:
Forseti większość dni tam spędza,
Umarza wszelkie spory.

16. Noatum jedenasty, gdzie Njörd zbudował
Sobie swoje sale,
Wódz mężów, bez błędów bóg
Rządzi strzelistą świątynią.

17. Krzewem zarasta i wysoką trawą
Widi, kraj Widara;
Lecz syn waleczny kiedyś zsiądzie z konia
I pomści ojca.

18. Andhrimnir, kucharz, w kotle Eldhrimnirze
Gotuje Saehrimnira.
Ta wieprzowina jest najlepsza. Ale mało kto wie,
Czym się bohaterzy raczą.

19. Geri i Freki - to wilki, żywi je wojowniczy
Sławny Herjafadir,
Lecz sam jedynie winem
Odin triumfujący wiecznie żyje.

20. Hugin i Munin co dzień latają
Nad ziemią;
Boję się o Hugina, że może nie wróci,
Lecz o Munina jeszcze większą mam troskę.

21. Hyczy Thund wodospad, w rzece Thjodwitnira
Ryba pływa;
Prąd rzeki zdaje się zbyt wartki
Poległym wojom, by przebyć ją w bród.

22. Walgrind zwie się furtka, co stoi koło pobojowiska,
Święta przy świętej bramie,
Prastara to furtka, lecz mało kto wie,
Jak zamek się zatrzaskuje.

23. Pięć set drzwi i jeszcze czterdzieści -
Myślę - jest w Walhalli;
Z każdych drzwi osiem setek wojów
Wyrusza do walki z wilkiem.

24. Pięć set komnat i jeszcze czterdzieści -
Myślę - jest w Bilskirnirze,
Ze wszystkich wspaniałej budowy zamków
Najewiększy jest syna mego.

25. Heidrun zwie się koza, co w hali stoi,
Laeradu gałązki obgryza,
Wiadro ma wypełnić jasnym miodem -
Nie wyczerpie się napój.

26. Eikthyrnir zwie się jeleń, co w hali stoi,
Laeradu gałązki obgryza,
Z rogów krople mu kapią do Hwergelmira studni,
Tam jest początek wszystkich rzek.

27. Sid i Wid, Sökin i Eikin,
Swal i Gunnthro, Fjörm i Fimbulthul,
Rín i Rinnandi,
Gipul i Gopul, Gomul i Geirwimul,
Te opływają bogów świątynie,
Tyn i Win, Töll i Hö,
Grad i Gunnthorin.

28. Wina zwie sie jedna, a Wegswinn inna,
Trzecia - Thjodnuma;
Nyt i Nöt, Nönn i Hrönn,
Slid i Hrid, Sylg i Ylg,
Wid i Wan, Wönd i Strönd,
Gjöll i Leipt - te dwie płyną śród ludzi,
Lecz wpadają do Helu.

29. Körmt i Örmt i Kerlaugi dwie,
Przez nie Thor brodzić musi
Co dzień, gdy sądzić idzie
Przy jesionie Yggdrasill;
Gdyż most Asów spłonąłby pełnym płomieniem,
Święte by rzeki zgorzały.

30. Konie Gladr i Gyllir, Glaer i Skeitbrimir,
Sylfrintopp i Synir,
Gisl i Falhonir, Golltopr i Lettfeti,
Na tych rumakach jeżdżą Asowie
Co dzień, gdy sądzić jadą
Przy jesionie Yggdrasill.

31. Trzy korzenie sterczą na trzy strony
Pod jesionem Yggdrasil:
Hel mieszka pod jednym, Hrimthursy pod drugim,
Pod trzecim - plemię ludzkie.

32. Ratatosk zwie się wiewiórka, co biega
Po jesionie Yggdrasill;
Nowiny od orła nosi z wierzchołka
W dół i Nidhöggowi mówi.

33. Cztery też jelenie pączki ogryzają
Wyciągając szyje:
Dain i Dwalin, [...]
Duneyr i Dyrathrór.

34. Więcej leży wężów pod jesionem Yggdrasill
Niżeli głupcy wiedzą:
Goin i Moïn synami są Grafwitnira,
Grabak i Grafwöllund,
Ofnir i Swafnir będą wciąż - jak myślę -
Drzewa gałązki ogryzać.

35. Jesion Yggdrasill cierpi więcej
Niżeli lud przypuszcza;
Jeleń szczypie w górze, pień próchnieje,
Nidhögg korzeń niszczy.

36. Hrist i Mist chcę by mi róg miodu podały,
Skeggjöld i Skogul;
Hild i Thrud, Hlökk i Herjötur,
Raugrid i Radgrid i Reginleif
Przynoszą bohaterom piwo.

37. Arkwakr i Alswidr wywozić w górę mają
Słońce niezmęczenie,
A pod ich łopatki boskie im moce,
Asowie, ziąb żelazny włożyli.

38. Swalin chłodna się zowie - stoi przed słońcem -
Tarcza lśniącego bóstwa;
Zgorzałyby - wiem - i góry i morza,
Gdyby spadła.

39. Sköll zwie się wilk, Świetlnej towarzyszy
Do Lasu Żelaznego,
A wrogi Hati, Hrodwitnira syn
Okrąża przejasną niebios pannę.

40. Z Ymira ciała ziemia jest stworzona,
A z krwi jego - morze,
Góry z kości jego, lasy z włosów,
A z czaszki - niebo.

41. Z rzęs olbrzyma stworzyli bogowie
Midgard dla synów człowieczych,
A z mózgu jego złowrogie uczyniono
Chmury na niebie.

42. Ullra łaskę i bogów zdobędzie,
Kto pierwszy opanuje ogień,
Gdyż domy staną Asom otworem,
Gdy się kotły zdejmie z palenisk.

43. Iwalda syny w zaraniu szli wieków
Skidbladnira budować - statek to najlepszy
Wśród statków - dla jasnego Freya,
Wielkiego syna Njörda.

44. Jesion Yggdrasill najpierwszy z drzew,
Sidbladnir ze statków,
Odin z Asów, Sleipnir z koni,
Bilrost z mostów, Bragi z skaldów,
Habrok - z jastrzębi, a z psów - Garm.

45. Oblicze teraz mam odsłonięte przed Sygtiwów synami,
Upragniony ratunek mnie czeka,
Do wszystkich Asów wieść ta dotrze
Na ławach Ägira
Na uczcie Ägira.

46. Zwę się Grim, zwę się Gangleri
Herjan i Hjalmberi,
Thekk i Thridi, Thudr i Udr,
Helblindi i Har.

47. Sadr i Swipall i Sanngetall,
Herteit i Hnikar,
Bileyg, Baleyg, Bölwerk, Fjölnir,
Grim i Grimnir, Glapswinn, Fjölswinn,

48. Sidhött, Sidskegg, Sigfödm Hnikud,
Alfödr, Walfödr, Atrid, Farmatyr:
Jednym imieniem nigdy się nie zwałem
Odkąd wśród ludzi jeździłem.

49. Grimnir zwałem się u Geirröda,
A Jalk u Asmunda,
Kjalar - kiedym sanie wiódł,
Thror na tingu, Widur w walce,
Oski i Omi, Jafnhor, Biflindi,
Göndlir i Harbard u bogów.

50. Swidur i Swidrir zwałem się u Sökkmímira
Gdym okpił starego olbrzyma,
Kiedym sławnego Midwitnira syna
Zabójcą został.

51. Pijanyś, Geirrödzie, za wieleś chlał,
[........................................................]
Dużoś stracił, gdyś stracił pomoc
Moją i wojów moich.

52. Wiele ci rzekłem, pojąłeś z tego mało;
Zdradzili cię przyjaciele;
Miecz widzę druha mego
Cały krwią jego zbroczony.

53. Ygg opieką teraz zmęczonych mieczem otoczy,
Twoje zycie - wiem - przeminęło,
Wrogie są Disy: Odin tobie się objawia,
Zbliż się, jeśli się ważysz.

54. Odin zwę sie teraz, dawniej Ygg się zwałem,
Thundrem byłem w swoim czasie;
Wakr i Skilfing, Wafudr i Hroptatyr,
Gautr i Jalk wśród bogów,
Ofnir i Swafnir - oni wszyscy
Zjednoczeni we mnie jednym.

Geirröd król siedział trzymając miecz na kolanach wyciągnięty do połowy z pochwy. A gdy usłyszał, że ma przed sobą Odina, wstał, chcąc wyciągnąć go z ognia. Miecz wypadł mu z rąk rękojeścią w dół. Król potknął się i upadł do przodu, a miecz przebił go na wylot - król padł martwy. Wtedy znikł Odin, Agnar natomiast długo potem królował.

_________________
Jest nikim ten kto nie ulepsza świata


Góra
 Zobacz profil  
 
Wyświetl posty nie starsze niż:  Sortuj wg  
Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 137 ]  Przejdź na stronę Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6, 7 ... 10  Następna strona

Strefa czasowa: UTC [ DST ]


Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 0 gości


Nie możesz rozpoczynać nowych wątków
Nie możesz odpowiadać w wątkach
Nie możesz edytować swoich postów
Nie możesz usuwać swoich postów

Szukaj:
Skocz do:  
cron
POWERED_BY
Przyjazne użytkownikom polskie wsparcie phpBB3 - phpBB3.PL